Zapomniane dziedzictwo gminy Suchy Las

 

„Archeologia tak jak inne nauki społeczne, winna bowiem sprostać nie tylko wymogom ścisłości naukowej, lecz także wyjść naprzeciw potrzebom i oczekiwaniom społecznym, budzić zainteresowanie i poczucie identyfikacji z deklarowanymi wartościami (…)

Zadaniem archeologii jest nadawanie znaczenia informacyjnego otaczającym nas materialnym świadectwom przeszłości.”

Stanisław Tabaczyński

 

Obiekt, który przedstawię, tj. kościół p.w. świętego Jana Chrzciciela jest bez wątpienia jednym z najważniejszych elementów dziedzictwa  regionu gminy Suchy Las. Jego znaczenie jest o tyle symboliczne, że w specyficznym krajobrazie, jakim jest poligon w Biedrusku stanowi jedyną widoczną pozostałość po zamieszkujących niegdyś ten teren ludziach. Bowiem zarówno Chojnica jak i szereg innych wsi ( np.Łagiewniki, Glinno, Glinienko , Okolewa, Knyszyna, Trzustkowo i Tworkowo) już nie istnieją. Zostały wchłonięte przez teren poligonu, a ich mieszkańcy wysiedleni. Historia osadnictwa na tych terenach sięga co najmniej czasów średniowiecza.

Historia kościoła p.w świętego Jana chrzciciela w Chojnicy

Od najdawniejszych czasów Suchy Las należał (obok Łagiewnik, Glinna, Radojewa i Moraska) do parafii Chojnica. Data powstania parafii w Chojnicy nie jest dokładnie znana, w dokumentach kościelnych przyjmuje się, że parafia Chojnica była erygowana w XI – XII wieku, a kościół p.w. św. Jana Chrzciciela (wspominany w źródłach przed rokiem 1374) istniał być może już w XI wieku.  Chojnica stanowiła ośrodek opola jako osada posiadająca kościół parafialny. W 1507 roku jednowioskową parafię w Morasku złączono z parafią Chojnica. Po przyłączeniu Moraska, do parafii chojnickiej należało 11 wsi. W 1531 w Chojnicy rozpoczęła się budowa murowanego kościoła p.w. św. Jana Chrzciciela  przez Jana Przecławskiego, dziedzica wsi.  W 1556  ukończono budowę kościoła w Chojnicy. Była to budowla jednonawowa w stylu późnogotyckim. Od północy dobudowana została zakrystia oraz kaplica, zaś na narożnikach fasady zachodniej dwie okrągłe wieżyczki. Nad głównym wejściem widniał herb Nałęcz i data 1546r, który się nie zachował. Z kolei na skarpie południowo-wschodniej dalej można podziwiać herb Ryby. W nawie znajdowało się sklepienie gwiaździste o rzeźbionych wspornikach, dwugłowe orły i ornament lwa czeskiego, z doby Wacława II (1300r.).

W latach 1720-1748 dokonano przebudowy  kościoła w stylu barokowym, m.in. wzniesiono kaplicę, przebudowano zakrystię, wykonano wejście zachodnie, przemurowano okna zmieniając ich kształt. W XIX wieku dokonano kilku konserwacji i remontów kościoła. W roku 1898 Gustaw von Treskow, jeden z największych posiadaczy ziemskich w okolicach Poznania  sprzedał Chojnice z przeznaczeniem na poligon szkoleniowy armii pruskiej, od której przejęła go w 1918 armia polska.

 

W okresie międzywojennym każdy proboszcz parafii Chojnica był jednocześnie kapelanem dla Garnizonu Biedrusko. W niedzielę stacjonujące na poligonie jednostki wojskowe w zwartym szyku maszerowały na tzw. „Polankę”, aby wziąć udział w mszy św. Po zajęciu Polski władze niemieckie postanowiły powiększyć obszar poligonu Biedrusko wcielając do niego w 1943 roku Chojnicę, Łagiewniki, Glinno, Glinienko i Okolewo. Do kościoła w Chojnicy mogli uczęszczać tylko mieszkańcy powiększonego poligonu .W międzyczasie władze niemieckie zamknęły cmentarz w Chojnicy a po wojnie (1946) polskie władze wojskowe przystąpiły do wysiedlania ludności cywilnej z Chojnicy, Łagiewnik, Glinna, Glinienka i Okolewa. Domy oraz zabudowania gospodarcze zostały rozebrane, a cegłę uzyskaną z rozbiórki budynków przeznaczono na budowę nowej szkoły. Na poligonie pozostał pusty kościół, nieużywany i niekonserwowany, powoli zamieniający się w ruinę. Wszelkie prośby do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o zabezpieczenie kościoła i uchronienie go przed dalszą dewastacją pozostawały bez odpowiedzi. Dopiero lata 90-te przyniosły działania w celu zabezpieczenia kościoła przed ostatecznym zniszczeniem, które ograniczyły się jednak jedynie do wstawienia metalowych krat w oknach. Obok kościoła, od co najmniej 1546 roku (wówczas zaczęto prowadzić księgi parafialne) funkcjonował cmentarz. W latach 70-tych władze komunalne miały zamiar ekshumować ciała osób tam pogrzebanych a szczątki przewieźć na cmentarz komunalny w Poznaniu. Jednak dzięki protestom mieszkańców, Gminnego Komitetu FJN oraz poparciu Komendy Poligonu Biedrusko cmentarz pozostał.

 

Poligon w Biedrusku

Choć w zachodniej części Biedruska znajduje się zamknięty poligon, będący pod administracją Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu, wiele terenów należących w przeszłości do wojska zostało przejęte przez Gminę Suchy Las. Obecnie miejscowość ta objęta jest programem rewitalizacji obszarów powojskowych na lata 2010-2018.

Obecne plany zakładają, by Biedrusko miało charakter miejscowości turystyczno – rekreacyjnej. Aby to zmienić, gmina Suchy Las postanowiła zagospodarować tereny powojskowe. W 1995 roku poligon, łąki, lasy, jeziora zostały objęte ochroną i utworzono Obszar Chronionego Krajobrazu Biedrusko. Całość włączona została do europejskiej sieci ekologicznej Natura 2000 jako specjalny obszar ochrony siedlisk.

 

Obiekty zabytkowe Biedruska ujęte zostały w ewidencji

konserwatorskiej

„Zgodnie z zapisami studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania

przestrzennego gminy Suchy Las korzystanie przez wojsko z terenów poligonu

powinno uwzględniać nie tylko minimalizację zagrożeń istniejących wartości

zasobów dziedzictwa kulturowego, ale poprzez działania gminy zmierzające do

odrestaurowania i rehabilitacji obszarów zdegradowanych i obiektów, powinna

Nastąpić poprawa stanu i funkcjonowania środowiska kulturowego.”

 

„W miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego dla miejscowości

Biedrusko rownież określono obszary oraz obiekty, które podlegają zasadom

ochrony ładu przestrzennego, ochrony środowiska, przyrody i krajobrazu

kulturowego, ochrony dziedzictwa kulturowego i zabytków oraz dóbr kultury współczesnej.”

 

„Wartości i zasoby środowiska kulturowego podlegają opiece i ochronie –zgodnie z ustawą o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z 2003 r.”

 

 

Jednak kościół w Chojnicy, ani tereny nie istniejących już miejscowości, podlegających niegdyś tej parafii nie występują w ewidencji konserwatorskiej.

Cześć zabytków znajdujących się w kościele udało się uratować np. pochodzącą z 1554 gotycką monstrancję z postaciami św. Wojciecha i św. Stanisława ufundowaną przez Andrzeja Przecławskiego (obecnie znajdującą się w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu), czy jeden z najciekawszych obiektów polskiego manieryzmu, czyli nagrobek Przecławskich, wykonany przez nieznanego mistrza., przeniesiony do Katedry w Poznaniu.

 

Public Archaeology i kościół w Chojnicach

Obecnie na zachodzie Europy oraz w Stanach Zjednoczonych nadal utrzymuje się trend związany z tzw. Public Archaeology. Jest to kierunek, traktujący archeologię jako jedną z  nauk społecznych. Jej głównym celem jest wzbudzenie zainteresowania oraz zaangażowania  społeczeństwa w kwestie związane z  dziedzictwem archeologicznym. W duchu tej koncepcji często z inicjatywy lokalnych społeczności, z publicznych środków finansuje się projekty, które inaczej nie zyskałyby poparcia wśród odpowiednich instytucji. W Polsce również, coraz częściej pojawiają się  inicjatywy związane z archeologią zaangażowaną. Poligon w Biedrusku posiada ogromny potencjał turystyczny, który mógłby okazać się ratunkiem dla znajdujących się tam zabytków takich jak kościół w Chojnicy. Dzięki tego typu inicjatywom archeologia może spełnić  swój najważniejszy obowiązek względem społeczeństwa czyli „nadawanie znaczenia informacyjnego otaczającym nas materialnym świadectwom przeszłości” i jest to moim zdaniem najlepsza forma promocji.

 

Trudno, jednakowoż ocenić skutki ochrony archeologicznej i konserwatorskiej obiektu, który w zasadzie nigdy takowej nie podlegał. Z pewnością samo uchronienie jedynego zabytku świadczącego o stuleciach ludzkiej egzystencji na tym terenie od całkowitego zniszczenia, byłoby pozytywnym efektem. Umieszczenie kościoła w Chojnicy na mapie parku krajobrazowego w Biedrusku z pewnością uatrakcyjniłaby ów park dla turystów, a pośrednim skutkiem mógłby stać się wzrost świadomości społecznej na temat dziedzictwa regionu. Potencjalne zagrożenia, są związane z nieuniknionymi następstwami turystyki, czyli degradacją krajobrazu naturalnego i kulturowego.

 

 

Dorota Gałązkowska

 

The Roots of Coincidence

P.R. Ofiarski

 

 

Janos Szekeres otworzył zegarek kieszonkowy i spojrzał na ustawienie wskazówek na tarczy, które wskazywały godzinę 16.50. Więc jeszcze dziesięć minut, pomyślał i schował przedmiot do kieszonki kamizelki. Zawsze miał w zwyczaju przychodzić wcześniej na umówione spotkania, ale gdy już przybywał na miejsce, pluł sobie w brodę, że mógł jeszcze spędzić te kilkanaście minut w zaciszu domu, na czytaniu jakiejś książki albo serwowaniu dalej w echonecie. Niemniej, zawsze wpajano mu zasadę, że lepiej przyjść dziesięć minut przed niż dziesięć minut po i niezależnie, od sytuacji, zawsze pojawiał się przed wyznaczoną godziną.

Mężczyzna wypuścił z ust tylko powietrze, mając ochotę zapalić papierosa. Niemniej, pokój, w którym właśnie czekał na przyjęcie przez Talisa Usi’nthar zdawał się nie być przystosowany dla palaczy. Raz, że nie było żadnej popielniczki. Dwa, sam wystrój wykazywał, że to dość eleganckie miejsce. Meble oraz krzesła, na których siedzieli petenci, zrobione było z najprawdziwszego dębu, a nie jakiegoś substytutu, tak popularnego w tych czasach, a na dodatek, siedziska obite były czerwonym materiałem. Na ścianach wisiały obrazy, prawdopodobnie również oryginały, a nie kopie. Akurat tego Janos nie był w stanie stwierdzić, gdyż nie był historykiem sztuki, a archeologiem. Gdyby w pomieszczeniu znajdowały się jakieś artefakty, które formą przypominałyby jakieś artefakty sprzed wieków, nie miałby problemów z rozpoznaniem ich autentyczności. Tymczasem, w tym przypadku, nie był w ogóle w stanie specjalnie wykazać się umiejętnościami.

Mężczyzna w końcu nie wytrzymał presji i wstał z krzesła, podchodząc do lustra, by przyjrzeć się, czy nie przyniesie wstydu swoją aparycją. Dokładnie przyjrzał się twarzy, którą miał nadzieję, starannie ogolił przed przyjściem na spotkanie. Szczęśliwie, nie ostał się nawet jeden włos. Cieszył się, że kilka dni temu w końcu udał się do fryzjera. Włosy zazwyczaj nie przeszkadzały mu w pracy, niemniej, coś go pokusiło, by w końcu się ostrzyc na krótko. Gdy po powrocie dowiedział się, że został zaproszony do Dzielnicy Kryształowej, wizyta fryzjerska okazała się być świetnym pomysłem. Sprawdził również, czy pośród tych czarnych włosów nie znalazł się żaden siwy. Nie, by spodziewał się jakiegoś znaleźć. Miał w końcu dopiero trzydzieści trzy lata, ale strzeżonego, Pan Bóg strzeże, jak mawiała jego matka.

Poprawił brązową kamizelkę zrobioną z zamszu, która miała być wzorowana na tych, które były modne w latach trzydziestych XX wieku, podobnie z resztą jak biała koszula na zapinki, szare spodnie oraz wylakierowane, brązowe buty. Pośród badaczy przeszłości przyjęło się właśnie ubierać w ten sposób, gdyż kompozycja stroju z tego okresu historycznego miała uchodzić za przejaw prawdziwej elegancji i wygody. Nie było to jednak regułą, gdyż wszystko zależało od przynależności obywatelskiej. Inaczej ubierali się badacze z Federacji, inaczej z Cesarstwa, a jeszcze inną modę uznawano w Kalifatach Azjatyckich.

Janos, zadowolony z oględzin, usiadł z powrotem na krześle. Nie minęła jednak nawet sekunda, gdy wstał, gdyż nagle otworzyły się drzwi, z których wyłonił się Talis z La’u. Pomimo tego, że archeolog nie interesował się specjalnie koteriami, rozpoznał w niebieskoskórym przewodniczącego Rady Wygnańczej. Oboje wydawali się być w dobrym humorze, gdyż Tha’litanin uśmiechnął się do słów Alhara i pokiwał z zadowoleniem głową. Nie trwało długo, nim Talis zoczył Janosa. Obrócił się w jego stronę i spokojnym krokiem podszedł do niego, już wyciągając rękę:

– Doktorze, cieszę się, że pana widzę- zaczęła od uprzejmości głowa koterii Usi’nthar. Janos z grzeczności podał rękę. Tha’litanin jednak kontynuował.- Proszę o wybaczenie, że musiał Pan tyle czekać, nie mniej, musiałem się rozmówić jeszcze z przewodniczącym T’ukiem.

– Proszę się tym nie przejmować, nie czekałem zbyt długo- odpowiedział kłamstwem człowiek, zabierając z powrotem rękę.- Nie mniej, jestem zaskoczony, że tak szybko nalegał Pan na spotkanie.

– Bo i sprawa nagła- przyznał Talis, wzdychając lekko. Po chwili jednak wrócił mu dobry nastrój.- Nim to, chciałbym, by doktor poznał Alhara T’uka, przewodniczącego Rady Wygnańczej. Panie przewodniczący, oto pan Janos Szekeres, doktor archeologii ze specjalizacją w III Wojnie Ziemskiej.

Naukowiec podniósł brew, jakby zdając sobie sprawę z tego, że Tha’litanin powinien właśnie zacząć od przedstawienia swojego gościa. Janos przyjrzał mu się z bliska dopiero, gdy skierował swoje kroki w stronę La’u. Był to już niemłody mężczyzna, bez włosów na głowie i z rozwiniętymi guzami próżniowymi przy szyi, co, wedle standardów tej niebieskoskórej rasy, świadczyły o naprawdę długim wieku. Przewodniczący ubrany był żółte szaty o szerokich rękawach i wycięciu na kroku, a na ramiona narzucony zielony płaszcz z symbolem przedstawiającym trzy inteligentne rasy na tle słońca. Janos zdawał sobie sprawę, że było to nawiązanie do fresku, mieszczącego się na suficie siedziby Rady Wygnańczej. Talis również był ubrany w podobne szaty, niemniej zamiast zielonego, płaszcz był czarno czerwony z symbolem pszczoły, pożerającego swój własny ogon, czyli emblematu koterii Usi’nthar.

W chwili, w której archeolog znalazł się przy Alharze, La’u podał mu rękę. Zaskoczyło to człowieka, gdyż myślał, że to przewodniczący jest osobą, której należy oddać szacunek, ale zdaje się, że zasady etykiety były zupełnie inne pośród Wygnańców. Naukowiec nie chcąc obrazić swojego gospodarza, podał rękę niebieskoskóremu.

– To zaszczyt spotkać kogoś, kto wciąż uprawia tak egzotyczną naukę, jaką jest archeologia- powiedział Alhar, ściskając rękę badacza.- Proszę o wybaczenie, ale czy jest Pan wykładowcą na uczelni czy wolnym strzelcem?

– Przyjemność po mojej stronie- odpowiedział naukowiec, puszczając rękę przewodniczącego.- Jedynie doktoryzowałem się na Uniwersytecie Tokijskim w Cesarstwie Japońskim, już wcześniej prowadząc działalność usługową z zakresu archeologii. Jednak, stosunkowo niedawno zacząłem swoją działalność na Keplerze, użyczając swojej wiedzy i umiejętności koteriom.

– Todai, no proszę- La’u ewidentnie był zaskoczony, podobnie z resztą jak Janos, w chwili, gdy przewodniczący użył potocznej nazwy na uniwersytet w Tokio.- Uczęszczałem tam na fakultety z politologii, nim jeszcze objąłem tron przewodniczącego. Trudno znaleźć lepsze miejsce jeśli chodzi o wydarzenia poprzedzające i następujące po III Wojnie Ziemskiej. Nie mniej, mam nadzieję, że to właśnie Kepler najbardziej spełni Pana oczekiwania.

– Również chciałbym w to wierzyć- odpowiedział archeolog, pozwalając sobie na sztuczny uśmiech.- Nie mniej, nie chcę zajmować już Panu czasu, a myślę, że radny Usi’nthar też chciałby przedstawić swoją propozycję.

– Oczywiście, nie mam zamiaru przeszkadzać Panu w pracy- odpowiedział Alhar, po raz kolejny podając rękę.- Życzę miłego dnia. Jak i również tobie Talisie. Dziękuję, że poświęciłeś starcowi swój czas.

– Nie zapomnij o obiedzie- odpowiedział opryskliwie Tha’litanin, ale wciąż mając uśmiech na twarzy.

– W razie czego, przypomnij mi jeszcze o nim. Wiesz, ta skleroza.

Gdy tylko Janos puścił dłoń przewodniczącego, niebieskoskóry podszedł w stronę windy i wsiadł do niej, wracając do swoich spraw. Gdy tylko La’u zniknął za srebrnymi wrotami, Talis zaprosił gestem ręki Janosa do pokoju, z którego przed chwilą wyszedł.

– Macie dość osobliwe obyczaje. Stwierdził Janos, wchodząc do pomieszczenia i przyglądając się jego wnętrzu.

Pomimo, że budynek był zbudowany z kryształu solarnego, wnętrze nie było zrobione z tegoż minerału. Posiadał metalowe ściany, do których przymocowano lampy plazmowe, które regulowane były przy wejściu. Na ścianach nie było żadnych obrazów, a jedynie ekran echonetowy. Umeblowanie składało się z kilku foteli, kanapy, stołu oraz regałów z różnymi dokumentami oraz książkami.

– Co masz na myśli?- spytał się Talis, zapraszając gestem ręki do zasiądnięcia na fotelu.

– W kwestii etykiety dyplomatycznej. Pomimo tego, że rozmawiałem z przewodniczącym waszej rady, nie musiałem się do niego zwracać tytularnie, nie musiałem co chwila oddawać mu honorów, co jest normalne pośród polityków w Federacji- zaczął powoli wyliczać badacz, zasiadając we wskazanym mu miejscu.- Przypominało mi to bardziej relację narzeczony-przyszły ojciec.

– Ciekawe spostrzeżenie- stwierdził radny, również siadając.- Warte późniejszego wspomnienia. Niemniej masz rację, ale jednocześnie jej nie mając. Przede wszystkim, Alhar nie uprawia polityki, jest tylko stróżem zgromadzeń. Nawet nie jest już członkiem swojej koterii, by nie reprezentować spojrzenia swoich podwładnych. Stąd, to pozycja czysto honorowa. Inna sprawa, że hierarchię zostawiamy właśnie na zgromadzenia, by na co dzień posiadać relacje… hm… koleżeńskie. Oczywiście, wewnątrz koterii może być różnie to prowadzone: jedne uznają tytularność wojskową, inne dworską, a jeszcze inne nawet socjalistyczną, zwracając się do siebie per „towarzyszu”.

– Marzenie Marksa i Engelsa spełniło się dopiero w sferach kosmicznych- zażartował Janos.- I pomyśleć, że kiedyś takie określenie byłoby równoznaczne z fantazją. Ale chyba nie wezwałeś mnie tu po to, byśmy wspólnie czytali „Manifest”, prawda?

– Masz rację, ale nim to, może przynajmniej czegoś się napijesz?- zaproponował Tha’litanin.

– Czarną kawę, sypaną, dwie łyżeczki cukru- odpowiedział spokojnie archeolog, kładąc dłonie na poręczy fotela.

Talis kiwnął głową i przez interkom zamówił wybrany przez naukowca napój, samemu decydując się na herbatę. Gdy dostał potwierdzenie parzenia herbaty i kawy, radny rozłożył się uspokojony na fotelu.

– Nie przedłużając już- zaczął powoli Tha’litanin.- Stosunkowo niedawno udało mi się zdobyć pewien artefakt z czasów III Wojny Ziemskiej o nieznanym charakterze, przynajmniej wedle wstępnych ekspertyz miejscowych pasjonatów tego typu przedmiotów. Swoim kształtem przypomina trumnę, która wymaga zasilenia przez bliżej nieokreślone źródło energii. Niestety, wszyscy moi inżynierowie załamują w tym momencie ręce, gdyż brakuje najbardziej podstawowych danych na temat tego urządzenia. A takich jest w stanie uzyskać jedynie archeolog.

– Chyba rozumiem do czego to zmierza, Talis- stwierdził Janos, wyraźnie się uśmiechając.- Chciałbyś, bym ze swoimi ludźmi zajął się analizą typologiczną tego urządzenia, byście mogli go uruchomić.

– Błąd- zaprzeczył Talis.- Nie jestem głupcem, Janos, wiem, że tego typu urządzenia są niebezpieczne nawet unieruchomione, a gdy zostaną aktywowane, może być jeszcze gorzej. Na razie chciałbym się dowiedzieć po prostu natury tego artefaktu: co to jest, skąd pochodzi, jak działa, czym jest zasilane oraz czy znajduje się na Liście. O jego przyszłości zadecyduję po badaniach.

Po tych słowach do pokoju wszedł Klaus, sekretarz radnego, który przyniósł na tacy zamówione napoje. Postawił je przed rozmawiającymi, skinął głową i wyszedł z pokoju. Po chwili ciszy, głos zabrał archeolog.

– Oczywiście, jestem w stanie przeprowadzić takie badania- Janos wziął do ręki kubek z kawą.- Niemniej, nim je rozpocznę, potrzebuję dokumentacji odnalezienia tego przedmiotu, zawierającą miejsce odkrycia, osobę, która natrafiła na ten artefakt, sposób transportu i danych o wszystkich żyjących jeszcze jawnych właścicielach. Druga rzecz, w chwili, gdy zadanie zostaje zlecone archeologowi, aby były one prowadzone legalnie, trzeba nadać artefaktowi numer katalogowy i zgłosić do miejscowego konserwatora zabyt…

– Na Keplerze nie ma żadnego konserwatora zabytków, doktorze- przerwał Talis, kosztując swojej herbaty.- Uznaj to za zlecenie prywatne, bez prowadzenia waszej wewnętrznej dokumentacji przed próbą uruchomienia.

– Namawiasz mnie do czarnej archeologii- stwierdził doktor, podnosząc brew do góry.- To niezgodne z prawem.

– Czyim? Federacji? Cesarstwa? Republiki?- prychnął radny, odkładając filiżankę z herbatą.- Obecnie znajdujesz się na terytorium wolnym od wszelkich praw, więc możesz ominąć ten krok. Czy raczej, przenieść go na później, jeśli etyka zawodowa nie daje ci spokoju.

– Uważaj, Talis- Janos również odłożył kubek na stół, zachowując duże pokłady spokoju.- To, że żyję dzięki tobie nie znaczy, że możesz decydować o mojej moralności. Wciąż obowiązuje mnie prawo galaktyczne, które jasno mówi co należy robić ze wszystkimi znaleziskami z czasów III Wojny Ziemskiej.

– Znam ten rozdział – przyznał Talis.- Niemniej, jeden z artykułów mówi jasno, że tyczy się to wszystkich państw. Koterie Wygnańcze nimi nie są. Stąd masz możliwość obejścia prawa. Co powiesz na to?

Janos milczał przez chwilę, zdając sobie sprawę, że radny w tym momencie mocno przycisnął go do ściany. Nienawidził prywatnych zleceń, które działają na rzecz splendoru jednostki. On, jako naukowiec, uważał, że dzieła przeszłości są własnością wszystkich następców twórców danego artefaktu. Niestety, obecnie takie spojrzenie dla wielu jest określeniem głupoty idealizmu, ponieważ idea jednego, wspólnego dobra nie jest realna przy obecnej polityce w galaktyce. Cóż, Janos musiał przyznać, że jest to na pewno podejście zdroworozsądkowe, niemniej, czy aby na pewno dobre dla rozwoju badań nad przeszłością? Biorąc pod uwagę, jak mało uwagi się poświęca historii, odpowiedź na to pytanie nie należy do pozytywnych.

– Zgoda- uznał niechętnie archeolog, wzdychając ciężko.- Wezmę to jako zlecenie prywatne, przekonałeś mnie. Jednak, nim ostatecznie się na to zgodzę, chciałbym wprowadzić kilka uwag względem naszej współpracy.

– Oho, doktor pokazuje kły- stwierdził Talis, uśmiechając się kwaśno.- Dobrze, mów Janosie, co proponujesz.

– Po pierwsze, ja kompletuję zespół, z którym będę współpracował- zaczął wyliczanie od najważniejszej dla siebie kwestii.- Będą wchodzili w jego skład starannie wyselekcjonowani przeze mnie ludzie, którzy znają się na rzeczy z poziomu uniwersyteckiego, a nie amatorzy pasjonaci. Argumentuję to dbałością o profesjonalizm pracy w zgranym ze sobą zespole.

– Nie przewidywałem niczego innego- stwierdził zaskoczony Tha’litanin.- Gdybym już miał jakiś zespół, nie fatygowałbym Ciebie do tego zlecenia. Niemniej, muszę wprowadzić pewną modyfikację do twoich zamiarów. Zespół twój, ale ochronę ciebie i twoich pracowników zapewniam ja. Mimo wszystko, Kepler nie zawsze jest bezpiecznym miejscem, jak się niektórym zdawało

– Chyba masz rację, zwłaszcza po tej strzelaninie w tej restauracji- powiedział doktor, mając wrażenie, że po tych słowach radny Usi’nthar jakoś się zjeżył.- W każdym razie, tutaj jesteśmy zgodni. Teraz druga rzecz: dostęp do źródeł cyfrowych o badanych wcześniej artefaktach z III Wojny Ziemskiej, które miały miejsce na Keplerze. Może ona stanowić pomoc przy określaniu natury przedmiotu i…

– Dostaniesz dostęp do wszystkich danych cyfrowych, jakie są przechowywane na planecie, poza utajnionymi i dostępnych wyłącznie dla koterii, oczywiście wyłączając moją- przerwał Talis, wiedząc o co chodzi archeologowi.- Gdybym miał przeszukiwać cały zbiór, zajęłoby mi to zbyt dużo czasu, biorąc pod uwagę, że nie jest to moja pasja. Ty, jako profesjonalista, wiesz czego szukać i gdzie, stąd nadanie ci dostępu jest znacznie łatwiejsze dla mnie, a ty nawet przypadkiem możesz natrafić na coś, co cię… zainspiruje.

– Użyłbym pojęcia „wspomoże przy badaniu”, ale doskonale rozumiem o co Ci chodzi- Janos miał wrażenie, że radnemu czasem brakuje odpowiednich słów w użyciu, stąd używa określeń bardziej potocznych i ogólnych.- Skoro jest taka możliwość, skorzystam z niej. Chciałem też poruszyć kwestię pieniężną.

– Dostaniesz tyle, ile zażądasz- odpowiedział od razu  Tha’litanin, jakby mając już wcześniej przygotowaną formułkę.- O ile będzie się to mieściło w zdrowym rozsądku.

– Wolę jednak omówić to teraz- odparł twardo archeolog, mrużąc oczy.- Pomimo tego, że Ci ufam, to spisanie umowy na wstępie będzie bardziej pewne, a na dodatek, trwałe. W końcu słowa można się wyprzeć, a atramentu już się nie poprawi, jak mawia stare przysłowie wśród historyków.

– Polemizowałbym, ale niech będzie, że akurat w tym aspekcie masz rację- przyznał radny, kiwając głową, ponownie kosztując herbaty.- Więc ile?

– Pół miliona exeli- powiedział krótko doktor, a Talis niemal nie wypluł kawy.- Plus miejsce do spania.

– To sporo pieniędzy- stwierdził polityk, odkładając drżącymi ręką kubek.

– Czyżby?- nie tracił pewności siebie archeolog.- Wykalkuluj: wypłata dla mnie i mojego zespołu, zużycie narzędzi, nieokreślony czas zlecenia, praca przy obiekcie szczególnie niebezpiecznym i do tego nieznanym. Jesteś świetnym ekonomistą, czy muszę za ciebie wyliczać każdy grosz?

– Sarkazm ci się nie poprawił- odparł sucho Tha’litanin, wzdychając ciężko.- Oczywiście, że to wszystko wyliczyłem, jednakże wedle moich kalkulacji, cena nie powinna być większa niż 350 tysięcy, biorąc pod uwagę, że użyczam wszystkich narzędzi.

– Amatorskich urządzeń badawczych?- prychnął z pogardą Janos.- Wybacz, ale to przez takie podejście nie byliście w stanie zidentyfikować przedmiotu. Znasza zasadę dwa z trzech? Chcesz mieć coś zrobione dobrze i szybko? To nie będzie tanio. Niemniej, ze względu na naszą starą znajomość, 450 tysięcy powinno wystarczyć.

– 425- targował się dalej Talis.- Dodatkowo, zapewnię jeszcze wyżywienie.

– Niech będzie- zaakceptował niechętnie archeolog.- Przyjmuję zlecenie. Powiadomię mój zespół i gdy tylko się pojawi, weźmiemy się od razu pracy.

– A nie chcesz najpierw sam rzucić okiem na obiekt swoich badań?- zaproponował Talis, uśmiechając się kącikiem ust.

– Masz go tutaj, w biurze?- doktor rozejrzał się wokół, szukając rzeczonej trumny.- Albo w budynku?

– Nie, ale mogę przygotować transport, który zabierze cię do obiektu, w którym jest przechowywany- Talis ułożył dłoń blisko interkomu.- Co ty na to?

– Czemu by nie?- stwierdził archeolog, wzruszając ramionami. W końcu w tym momencie i tak nie miał niczego innego na swoich barkach, a te kilka godzin może znacznie ułatwić zadanie w przyszłości.- Ewidentnie zależy ci na tym, by prace zaczęły się jak najszybciej. Masz jakiś nóż na gardle?

– Nie- zaprzeczył pewnie Talis, wstając z miejsca.- Po prostu zmarnowałem zbyt dużo czasu bez osiągnięcia konkretów. Dlatego zależy mi na nadrobieniu czasu. A czas to pieniądz. Myślisz, że czemu wolę zatrudnić kogoś profesjonalnego niż wciąż marnować gotówkę na bandę amatorów z mojej koterii.

– Ale to twoi ludzie- zdziwił się Janos, również powstając z fotela.- Płacisz takiej bandzie, wiedząc, że są do niczego. I ty uważasz się za świetnego przedsiębiorcę, skoro marnujesz pieniądze na partaczy.

– Jestem też politykiem i osobą publiczną. Muszę utrzymywać swój „dwór”, bym liczył się pośród innych koterii. To pewien rodzaj szlachectwa- Tha’litanin nacisnął przycisk interkomu.- Klaus, powiadom Veronnikę, by czekała na dole z pojazdem. Będzie eskortowała doktora do laboratorium.

– Oczywiście- Janos usłyszał z głośnika trzaskający głos sekretarza radnego.- Ach, otrzymał Pan zaproszenie od przedstawiciela koterii Hawke do Kryształowej Sali na operę. Będzie czekał na pana na balkonie numer 45 o godzinie 20:00 czasu ziemskiego.

– Przygotuj mi strój wieczorowy- odpowiedział niechętnie Talis. Wiedział, że z zaproszenia ze strony opozycji nie wyniknie nic dobrego.- Proszę o wybaczenie, sam widzisz, że kolejne rzeczy zwaliły mi się na głowę.

– Nie przejmuj się- Janos po raz pierwszy uśmiechnął się naprawdę serdecznie.- I tak już nie mam więcej pytań. Rozumiem, że transport będzie na mnie czekał na dole?

– Tak. Skoro to już wszystko, to dziękuję za podjęcie współpracy i owocnych wyników- Talis wysunął rękę do przodu w geście pożegnania.

– Dziękuję. Życzę miłej zabawy wieczorem- odpowiedział archeolog, ściskając dłoń radnego, aczkolwiek miał wrażenie, że ten nie jest zbyt zadowolony z nowego spotkania.

 

*

 

– Szybko noc nastaje- stwierdził Janos, wpatrując się na zapalające się lampy na ulicach Nowej Nadziei.- Myślałem, że Kepler jest planetą najbardziej podobną w tej kwestii do Ziemi.

– O ile pamiętam, to jedynie pod kątem ekosfery- zaczęła Veronika, zakładając nogę na nogę, zachowując dość neutralny wyraz twarzy.- Szybkość obrotu Keplera jest wyższa o około sto kilometrów. Stąd, gwiazda zachodzi szybciej niż na Ziemi.

– Ach, więc to tak- odpowiedział dalej wpatrzony w ulicę archeolog.

Naukowiec nie tak sobie wyobrażał sobie tę planetę. Gdy jeszcze doktoryzował się na Ziemi, nie raz słyszał historie o tajemniczym ciele niebieskim, które było jednym z nielicznych obiektów we wszechświecie niezależnym od żadnej frakcji w galaktyce. Nazywano je niekiedy Wolną Planetą. Kiedy jednak przybywało się do tego mistycznego miejsca, czar pryskał, ponieważ ta rzeczona wolność była tylko ułudą. Każdy budynek lub ziemia należała do kogoś. Można by było to porównać do tego, że każda konstrukcja to osobne państwo: panowały tam inne prawa i zasady, struktury, a w skrajnych przypadkach nawet wprowadzano oficjalny język urzędowy. I pomimo, że nie było tutaj żadnych form państwowych, nie przeszkadzało to przeróżnym frakcjom zakładanie na Keplerze swoich faktorii, które czerpały zyski. Często dochodziło do konfliktów interesów, stąd każdy, kto chciał prowadzić jakiś biznes na planecie, musiał być w stanie opłacić sobie ochronę, niekiedy będącą małą armią. Aby zachować jakiś porządek na planecie, wiele miast decyduje się na założenie rady miejskiej, która wystawia swoje własne, miejskie siły obronne, by chronić zwykłych ludzi, którzy nie biorą udziału w walkach między frakcjami. Nie są one na poziomie regularnej armii, ale na tyle skuteczne, że uspokoją kłócących się rywali. Na pewno nie można powiedzieć, że Kepler był planetą bezpieczną.

Janos zdał sobie sprawę, że to paradoks: mimo dużej śmiertelności nie brakowało cały czas nowych osadników, którzy chcieli się zmierzyć z legendą. Sam był jednym z nich. I pewnie musiałby zacząć tworzyć podwaliny własnego „mini państwa”, gdyby nie to, że został zabrany pod skrzydła koterii i mógł się czuć w miarę bezpieczny. Powodem tego było to, że wedle statusu, to Kepler należał właśnie do Wygnańców i to właśnie oni mają najwięcej do powiedzenia, gdyż stanowią największą frakcję na planecie. Fakt, że pozwalają na bezproblemowe osadnictwo, nie idzie w parze, że przymykają oko na sytuację na Keplerze. W chwili, gdy ktoś sprawia problemy, rada Wygnańcza decyduje się pozbyć mąciciela, często niekonwencjonalnymi metodami, jak puszczenie z przysłowiowymi torbami faktorii innej frakcji, działania sabotażowe, czy nawet zabójstwo na zlecenie. Z drugiej też strony, zyskują też nowych wrogów, którzy nie cofną się przed niczym, by upokorzyć rywala. Nawet siłą. Stąd Wygnańcy trzymają swoje prywatne armie, które służą nie tylko jako żołnierze na okrętach koterii, ale również jako ochroniarze co bardziej strategicznych obiektów, należących do danej kamaryli, jak wille, fabryki czy biura.

Jedną z takich osób była właśnie sierżant Veronika Campione, która służyła jako dowódczyni ochrony laboratorium badawczego, gdzie był badany artefakt z III wojny ziemskiej, który otrzymała koteria Usi’nthar od Thalów. Była to kobieta w średnim wieku, o pociągłej twarzy i czarnych włosach zaczesanych w kitkę. Ubrana była w czarną kurtę, z podwiniętymi rękawami o czerwonym kołnierzu, spodnie w kolorze obsydianu oraz wojskowe buty. Przy pasie miała kaburę z pistoletem. Mimo bardzo surowego wyglądu, wydawała się być Janosowi dość atrakcyjna. Widząc, że mężczyzna nie ma ochoty na rozmowę, również odwróciła głowę w stronę okna pojazdu. Archeolog westchnął tylko. Nie chcąc uchodzić za mruka i gbura, zdecydował się jednak pociągnąć rozmowę dalej.

– Nie jestem specjalnie zaznajomiony z astrofizyką- odpowiedział zgodnie z prawdą Szekeles, nie odwracając jednak głowy od widoku za szybą.- Co jest ciekawym paradoksem kulturowym.

– To znaczy?- odpowiedziała bez żadnego entuzjazmu wojskowa.

– W przeszłości, kiedy pisarze popełniali książki science fiction, uważali, że wiedza z zakresu fizyki, astronomii, informatyki et cetera będzie na porządku dziennym u każdego mieszkańca przyszłości- zaczął, chociaż zdał sobie sprawę, że przyjął bardzo oczywiste spostrzeżenie. Stąd szybko naprostował.- Mówiąc to, miałem na myśli, że wszyscy…

– …wszyscy ludzie będą znali zarówno teorię i praktykę zjawisk- odpowiedziała za archeologa Veronika, odwracając głowę w jego stronę.- Czyli jak spadnie im łyżeczka od herbaty, wytłumaczą to sobie działaniem sił grawitacji. Zrozumiałam od początku o co Panu chodziło, nie było potrzeby tłumaczyć…

Janos chciał już prychnąć z pogardą, ale po chwili dostrzegł, że kobieta w końcu się uśmiechnęła.

– Niemniej miło z Pana strony- odparła, przekładając nogę na drugą.- W końcu nie mógł się Pan spodziewać takiego rodzaju odpowiedzi, myśląc sobie, że jestem tylko prostym żołnierzem.

– Nawet mi przez myśl to nie przyszło- skłamał Janos, również odwracając głowę w jej stronę.- Ale fakt, zaskoczyło mnie to. Studiowała gdzieś Pani, jeśli można spytać.

– Licencjat z socjologii na Uniwersytecie Ludowym w Surze, w Republice Pulityjskiej- odpowiedziała, lekko krzywiąc się.- Nie wiem, na co mi było to potrzebne, na ten kierunek zawsze była moda, więc poszłam za trendem. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że jeśli miałabym po studiach pracować jak osoba, która ich nie skończyła, wolałam skończyć z tym. Zapisałam się do Armii Ludowej.

– Ze studenta do żołnierza- stwierdził oczywiste archeolog.- Nie bym chciał krytykować Pani wybór, mogła Pani spróbować skończyć te studia z dyplomem magistra. Kto wie, może akurat, udałoby się znaleźć coś w swoim zawodzie.

– Patrzy Pan na to ze swojego przykładu- Veronika pokręciła głową z dezaprobatą.- Jest pan doktorem w dość niszowym i niemal zapomnianym zawodzie, któremu się udało wypłynąć na przysłowiowy brzeg, ale ilu Pana kolegów musi pracować jako szczury w jakiejś korporacji?

– To nie ma nic do rzeczy- zaprzeczył mężczyzna, podnosząc brew do góry.- Należy zawsze znaleźć swoje miejsce w tym wielkim wszechświecie i wykorzystać swoją edukację, by rozwinąć się niekoniecznie w naznaczonym przez poprzedniku kierunku. Najlepszy przykład to literaturoznawstwo. Czy to nie dzięki ich analizie książek z zakresu science fiction, posiadamy technologię na dzisiejszym poziomie? Odkrywać nowe możliwości rozwoju, oto cel edukacji.

– Możliwościami ciała nie nakarmię- prychnęła sierżant, zaprzeczając słowom uczonego.- Znów wraca sprawa o której mówiłam- ilu osobom się to udało?

– Bez ryzyka nie ma zabawy- odpowiedział szybko archeolog.

– Niektórzy tego nie lubią. Stąd moją karierę poświęciłam wojsku- zakończyła dyskusję wojskowa, ciężkim westchnięciem.

Janos skrzywił się lekko. Miał jeszcze wiele argumentów za tym, by się nie zgodzić z kobietą, ta jednak zdawała się być uparta niczym osioł i ostawała przy swojej tezie. Nie raz spotykał się z takim założeniem „po co studia, skoro mogę zarabiać pieniądze bez nich”. Wywoływało to u niego grymas, stwierdzający, że tyle ludzi traci swoją ambicję naukową na rzecz kariery. Dodatkowo, twierdził, że zmniejszenie ilości osób inteligentnych, którzy kończą studia, co prawda, zwiększa prawdopodobieństwo zatrudnienia w wybranym przez siebie kierunku, jednak poziom aktualnych prac naukowych pozostawia sporo do życzenia. Mężczyzna zdecydował nic nie dodawać już, zmieniając temat.

– Wróćmy do celu naszej podróży. Co wiesz na temat samego laboratorium, a może nawet badań, które tam prowadzono?

– Zajmuję się jedynie jego ochroną tego ośrodka, więc stosunkowo mało wiem o tamtejszych eksperymentach- Janos miał wrażenie, że Veronika z ulgą powitała zmianę tematu, gdyż jej głos nabrał znów większej ilości ciepła.- Laboratorium ma trzy wydziały: chemiczny, inżynieryjny i astrofizyczny. W całości należy do koterii i działa na jej rozwój, nie jest on więc katedrą uczelnianą. Z tego co udało mi się usłyszeć, nie wyróżnia się spośród wielu innych, chociaż bardzo cenią sobie inżynierów. Z resztą, nic dziwnego, skoro przez jakiś czas kierowała nim sama Martha Hiro.

– Obiło mi się o uszy te nazwisko- przyznał archeolog, patrząc, jak samochód ostro wszedł w jeden zakręt.

– Wielu uważa, że jest Stevenem Hawkingiem naszych czasów, przynajmniej jeśli chodzi o rozwój technologii. Absolutny geniusz. W ciągu zaledwie pięciu lat zrobiła taki przeskok w technologii, jakby minęło pięćdziesiąt lat. Niemniej, jak każdy genialny mózg, miała swoje dziwactwa, przez co nigdzie nie zagrzewała zbyt długo czasu, bo już wszyscy mieli jej dość.

– Co się z nią teraz dzieje?- spytał, zaciekawiony tą osobą Janos

– Jest głównym inżynierem na „Hand of Glory”, również należącym do koterii Usi’thar- wzruszyła ramionami sierżant.- Chciała zobaczyć kosmos i bitwę, więc porzuciła kitel na rzecz munduru marynarskiego. Jak mówiłam, dziwaczka.

– O geniuszach mówi się ekscentrycy- poprawił Veronikę Węgier.- Ale jak to się stało, że jeden z największych mózgów we wszechświecie porzucił karierę i sławę na rzecz pracy dla Wygnańców.

– A wie Pan co, sama się o to ją spytałam- zaśmiała się pod nosem wojskowa.- Odpowiedziała, że „ma Syndrom Sztokholmski”, po czym kazała mi przynieść nośnik z jakimiś serialami, bo ma ochotę się odprężyć. O co chodziło, czy ją porwano czy po prostu wymyśliła to na poczekaniu, nie wiem po dziś dzień. Podejrzewam, że to zwyczajny kaprys.

– Mimo wszystko, wydaje się ją Pani ją dość dobrze znać- stwierdził doktor, również się uśmiechając.

– Bardziej pasowałoby tu określenie, że byłam jej osobistą ochroniarz i musiałam znosić jej dzikie pomysły- cyknęła ustami kobieta, wspominając stosunkowo niedawne sytuacje.- A myślałam, że nie ma nic gorszego od pijanych żołdaków po służbie. Już wojna była lepsza niż użeranie się z tym geniuszem.

– No właśnie- klasnął w dłonie Janos, pochylając się do przodu.- A jak sierżant Campione trafiła pod skrzydła koterii?

– To opowieść na inny raz- powiedziała Veronika, znów wpatrując się przez okno.- Jesteśmy już prawie na miejscu.

Archeolog nawet nie zauważył, że rozmowa z sierżant tak bardzo go zajęła. Zerknął za okno, szukając jakiś szczególnych oznak, że wjechali do jakiejś innej dzielnicy. Jednakże, budynki zdawały się być takie same, jak w pozostałej części dzielnicy kryształowej: wysokie, strzeliste i nierówne. Dopiero potem ukazał mu się budynek, który nie pasował do okolicy. Był zbudowany na bazie okręgu i miał wyłącznie trzy, oszklone piętra. Promień podstawy był jednak na tyle duży, że mogło się tam znajdować dokładnie tyle samo pomieszczeń co w typowej wieży Tha’litańskiej.

Podjechali do zagrodzonej przez szlaban wjazdu i do okna kierowcy zapukał strażnik, ubrany w mundur z barwach koterii Usi’thar i z bronią krótką przy pasie. Szofer otworzył okno, ukazując swoją twarz ochronie i następnie pokazał identyfikator z kodem. Strażnik zeskanował kod i kiwnął głową na znak aprobaty. Wrócił do budki i podniósł szlaban, by limuzyna mogła pojechać dalej.

Podróż nie trwała długo, gdyż przejeżdżając zaledwie dwadzieścia metrów, pojazd znów się zatrzymał i kierowca zgasił silnik.

– Tutaj nasze drogi się rozchodzą, przynajmniej na razie, Panie Szekeres- powiedziała Veronika, prostując się w siedzeniu. – Po wyjściu proszę się zgłosić do recepcji. O ile mi wiadomo, oczekują już Pana.

– Pani ze mną nie idzie?- spytał się Węgier, spoglądając kątem oka, jak szofer idzie w stronę jego drzwi, by je otworzyć.

– Muszę jeszcze asekurować wyjazd radnego Usi’nthar- odpowiedziała kobieta.

– Hm, rozumiem- Janos chciał jeszcze zadać pytanie o to, że skoro Talis ma tyle środków, dlaczego zapewnił sobie tak małą ochronę, ale nie zdążył, gdyż drzwi od jego strony otworzyły się.- W takim razie, bezpiecznej i spokojnej podróży, sierżant Campione.

Wojskowa podziękowała tylko skinięciem głowy, a doktor wysiadł z pojazdu, stając przed gmachem centrum badawczego. Do głównego wejścia prowadziły marmurowe schody, prowadzące do rozsuwanych automatycznie drzwi. Archeolog, słysząc za sobą odjeżdżające auto, zaczął powoli wchodzić na schody. W jego głowie zaświtał pomysł, że może czas zapalić, ale z drugiej strony, nie wiedział, czy tutaj wolno, dlatego zaniechał do czasu, aż w końcu porozmawia z dyrektorem placówki.

Gdy wszedł do środka przez rozsuwane drzwi, zauważył w odległości kilkunastu kroków od niego szerokie biurko, które na swoim przejdzie miało symbol koterii Usi’nthar: pszczołę. Jednakże, trochę się różniła od standardowego emblematu, gdyż owad otoczony był przez elipsę, po której zdawały się wędrować dwa koła. Dokładnie taki sam symbol znajdował się nad biurkiem, z tym, że był znacznie większy. Ściany wewnątrz obiektu były pomalowane na niebiesko, a na nich wisiały w antyramach duże zdjęcia przedstawiające  projekty centrum badawczego, a także odpowiedzialnych za nie ludzi. Na wielu z nich Janos zauważył kobietę o włosach prawdopodobnie we wszystkich kolorach tęczy. Po twarzy jednak wiedział, że to jedna i ta sama osoba i była to właśnie prawdopodobnie Martha Hiro, o której słyszał już niejednokrotnie.

Swoje kroki skierował w stronę biurka, przy którym siedziała niebieskoskóra La’u o spiętych w kok czarnych włosach i z okularami na nosie. Ubrana była w szary żakiet i białą bluzkę. Przy uchu trzymała słuchawkę, lecz gdy zobaczyła zbliżającego się archeologa, zakończyła szybko rozmowę i wyprostowała się na swoim fotelu.

– Witamy w Centrum Badawczym Koterii Usi’nthar, oddział inżynieryjny. W czym mogę Panu pomóc?- odpowiedziała wyuczonymi słowami kobieta, uśmiechając się od ucha do ucha.

– Dzień dobry, nazywam się doktor Janos Szekeres i zostałem przydzielony do sekcji laboratoryjnej placówki- odpowiedział archeolog, opierając ręce na biurku.

– Proszę o identyfikator- odpowiedziała profesjonalnie kobieta, jednak z twarzy nie znikał jej uśmiech, co nieco irytowało uczonego. Sięgnął po kieszeni płaszcza i wyciągnął swój dokument, przedstawiając go recepcjonistce. Ta położyła go przy komputerze i zeskanowała. Po chwili oddała go z powrotem Janosowi.- Zgadza się. Proszę się udać korytarzem na prawo i skorzystać z windy. Piętro trzecie, pokój 301. Dyrektor już Pana oczekuje.

Szekeres tylko kiwnął głową i skierował się w stronę, którą wskazała kobieta. Po drodze miał jeszcze szeroki korytarz z kolejnymi zdjęciami i znalazł się  w pokoju z windami. Wywołał jedną z nich i wszedł do środka, naciskając trzecie piętro. Myślał, że będzie grała jakaś muzyka, jednak panowała zupełna cisza. Z drugiej strony, skoro budynek na tylko trzy piętra, to na co potrzebne są jakieś dodatkowe atrakcje. Szybko usłyszał dzwonek, oznajmujący mu, że przybył właśnie na interesujący go poziom. Gdy wysiadł, znalazł się w bardzo krótkim korytarzu, w którym znajdowała się tylko trójka drzwi, z czego jedne zrobione z bardzo grubego metalu. Zerknął na lewo, gdzie zobaczył złotą tabliczkę z numerem i krótkim napisem:

„301

Biuro Dyrektora”

Tym, co jednak najbardziej zadziwiło Janosa był fakt, że przy drzwiach nie ma klamki, natomiast było małe urządzenie na wysokości twarzy wchodzącego z przyciskiem oraz małym głośnikiem. Archeolog domyślił się o co w tym chodzi i nacisnął guzik. Po chwili odezwał się z głośnika charczący głos:

– Dzień dobry. Proszę przedstawić cel swojej wizyty.

– Doktor Janos Szekeres, zostałem wyznaczony do prac w laboratorium.

Po chwili drzwi do biura otworzyły się z sykiem i doktor wszedł przez nie do środka, a następnie, zamknęły się samoistnie. Wnętrze pokoju było bardzo przytulne i składało się z dwóch czarnych foteli z okrągłym stołem między nimi, kanapy, zrobionej prawdopodobnie z prawdziwej skóry, licznych zdjęć, zamykanej na kod komody oraz dużego biurka. Co więcej, jedna ze ścian była w całości oszklona z widokiem na miasto. Za biurkiem siedział mężczyzna o jasnoblond, krótkich włosach, w białym kitlu z czarną koszulą pod nim. Gdy zobaczył archeologa wstał z miejsca i uśmiechnął się od ucha do ucha:

– Janos, kopę lat- przywitał się niezwykle entuzjastycznie dyrektor.

– Elias, miło cię widzieć- odpowiedział równie ciepło Janos.

Dwóch panów podeszło do siebie i poklepało się po plecach. Szekeres znał Eliasa Virtanena, obywatela Finlandii, ze swoich czasów studenckich, gdy wspólnie mieszkali w jednym akademiku. O ile Janos studiował archeologię, to jego współlokator robotykę. Mimo tak trudnych studiów, doktor archeologii zawsze znajdował czas, by wypić ze swoim kolegą jedno piwo, góra pięć i pójść na podryw do pubu. Jednak, po skończeniu uczelni, ich drogi rozeszły się.

Gdy panowie przestali się ze sobą witać, Elias zaprosił Janosa, by usiadł na fotelu.

– Gdy się dowiedziałem, że to ciebie radny Usi’nthar wyznaczył jako prowadzącego badania nad artefaktem, nie mogłem się doczekać spotkania z tobą- powiedział dyrektor, czekając, aż jego gość jako pierwszy usiądzie- Mamy tyle do przegadania. Ale co powiesz o szklaneczce whisky na początek.

– Nie pogardzę- Janos wyszczerzył zęby.- Ale bym chciał też nakarmić raka. Jest gdzieś tutaj palarnia u was?

– A pal tutaj!- Elias machnął tylko ręką, podchodząc do komody.- Wentylacja sama się włączy i cały dym zniknie. To miejsce jest tak naszprycowane technologią, że tutaj jak kichniesz zaraz ci wyskoczy mechaniczna ręka, która wysmarka nos.

– To żart, prawda?- podniósł brew archeolog, wyciągając z kieszeni płaszcza paczkę papierosów i zapalniczkę.

– Oczywiście, ale świetnie świadczy o tym, jaką technologią dysponuje ten ośrodek- odparł Fin, wpisując kod do szafki, która otworzyła się wraz z piknięciem, że wpisany numer jest poprawny, by następnie sięgnąć po kryształową flaszkę i dwie szklanki, kładąc je na stole.

– Jak to się w ogóle stało, że zostałeś dyrektorem tego miejsca?- spytał Janos, zapalając papierosa i wdychając do płuc dym.

– Awans- Elias wzruszył tylko ramionami, nalewając sobie i gościowi po szklaneczce szkockiej.- Zapewne wiesz, że wcześniej stanowisko to obejmowała Hiro, jednak, gdy zaciągnęła się do załogi Lady Kapitan Usi’nthar, wyznaczając mnie jako swojego następcę. Uzupełnienie papierów było tylko formalnością. Problemem okazało się robienie porządków w biurze, by nadawało się do jakiejkolwiek pracy. No ale… co zrobić, każdy geniusz ma swoje odchyły.

– Mówisz dokładnie to samo co sierżant Campione- odpowiedział Janos, nachylając się w stronę szklanki i ją obejmując palcami.

– Ach, Veronika- rozmarzył się dyrektor, również siadając, wcześniej jednak podając archeologowi popielniczkę.- Całkiem niezła, zwłaszcza jak na wojskową, co nie?

– I za to z tobą wypiję- przyznał Janos, unosząc szklankę do góry i uderzając nią o szkło swojego dawnego współlokatora, zakosztował.- Wracając do meritum, Martha Hiro zostawiła ci cały plac zabaw, ale dlaczego wybrała akurat ciebie? Wiesz, nie wątpię w twoje umiejętności, w końcu widziałem cię w akcji przez kilka lat, ale być docenionym przez geniusza…

– Od czasu, gdy Hiro objęła stanowisko dyrektora prestiż tego centrum wzrósł nie tylko na skalę samego Keplera, ale również poza nim, a więc zaczęli tu ściągać najlepsi z najlepszych, w tym również i ja, notabene- zaczął opowiadać Elias, odstawiając na chwilę na bok szklankę.- Z czasem było tu tylu inżynierów, że większą uwagę zaczęto przykładać do organizacji pracy, a nie na samej praktycznej jej części. Stąd, rola dyrektora zaczęła powoli ograniczać się do biurokracji, rzadziej narzucania własnych, oryginalnych projektów. Mimo wszystko, Hiro z jej szalonym umysłem, chciała realizować jak najwięcej swoich pomysłów, stąd nie starczało jej czasu na faktyczne kierowanie ośrodkiem. Stąd swoje obowiązki przerzucała na innych, którzy byli kompetentni w sprawach zarządzania. Jedną z takich osób byłem właśnie ja, z resztą, sam wiesz, że zawsze potrafiłem się świetnie gdzieś wkręcić i umieć przy tym nie być pseudogwiazdą, a realnym partnerem do projektu czy organizacji. Po jakimś czasie, pełniłem nieformalną rolę prawdziwego dyrektora. Gdy Hiro odeszła do „Hand of Glory”, poszło potem jak z górki.

– Jej zdrowie- podsumował lakonicznie Janos, ponownie unosząc do góry szklankę i znów upijając trochę, gasząc wcześniej w popielniczce papierosa.-  Wciąż jednak pozostaje pytanie, dlaczego opuściła tak dobrze wyposażone miejsce.

– Tego nie wiem- wzruszył ramionami Fin.- Nigdy nie podała powodu. Plotki mówią, że miała ochotę na coś nowego, inni mówią, że dla mężczyzny, a jeszcze inna z powodu nowego silnika na okręcie, który jest fenomenem na skalę galaktyki. Oficjalniej prawdy na razie się nie dowiemy. W każdym razie, ma czego żałować, zwłaszcza gdy otrzymaliśmy w nasze ręce ten artefakt z III wojny ziemskiej.

– O, a skoro już przy tym- Janos wyprostował się. – Może powiesz mi coś na temat tego przedmiotu. Jako specjalista od robotyki, musiałeś zrobić jakieś wstępne badania.

– Jeśli się martwisz, że zrobiłem jakąś rysę przed twoim przybyciem, to nie masz co się martwić, jest w stanie nienaruszonym- zażartował Virtanena, znając podejście swojego kolegi do obowiązków, którymi ma się on zajmować: nikt nie zrobi niczego lepiej niż Janos Szekeres.- Ale fakt, próbowałem zrobić jakieś wstępne badania nad tym przedmiotem. Opiszę ci najpierw z zewnątrz: elipsowaty kształt, obsydianowa czerń z białymi kropkami. Wymiary to średnio dwa i pół metra długości, dziewięćdziesiąt szerokości i dziewięćdziesiąt wysokości. Idealnie w środku przebiega szpara, a więc prawdopodobnie to jakiś rodzaj skrzyni albo kapsuły.

– Kapsuła, tak to ciekawe spojrzenie, zwłaszcza, że w tym czasie rozwijał się potajemnie program kosmiczny- przyznał Janos, gładząc się po podbródku.

– Też bym przy tym ostał, gdyby nie to, że ten przedmiot nie ma w sobie żadnych łączeń. Jest jakby niezależnym tworem, który nie wiadomo do czego służy. Nie ma też żadnych świateł, żadnych kontaktów. Jest idealnie gładki, nie licząc tej szpary i miejsca, w którym został wyryty mały napis.

– Wiesz jak brzmiał?- dopytywał dalej Węgier.

– Japonia – 2048- odpowiedział Fin.

– Twór Technokracji Japońskiej- podsumował archeolog, dopijając whisky.- Z czasów swojej świetności. To z pewnością nie jest nic, co powinno się znaleźć w rękach zwykłego człowieka.

– Nie ucz mnie historii, wiem że w tym czasie Japończycy byli najbardziej niesamowitymi i przerażającymi inżynierami, nawet jak na dzisiejsze standardy- stwierdził dyrektor, również dopijając szkocką.- Ale skoro już to mamy, to nie może się zmarnować. W każdym razie, emituje polem elektromagnetycznym, czyli jest w jakiś sposób zasilana. Rzecz w tym, że widać żadnych wtyczek bądź zewnętrznych źródeł energii, a mimo wszystko jest cały czas aktywna. Możemy podejrzewać, że źródło jest wewnątrz i działa na zasadzie baterii. Ale nie znana jest mi na tyle potężna bateria, by działała przez prawie dwieście lat. No, przynajmniej taka, która by nie wydzielała promieniowania jądrowego.

– A z czego jest zrobiony sam przedmiot. W sensie materiał- dopytywał coraz bardziej zafascynowany znaleziskiem Janos.

– Izotop kilkudziesięciu metali, jedynie kilka udało nam się zidentyfikować- westchnął Elias, wstając w fotela i podchodząc do biurka.- Co więcej, mocno zaburzają dalsze badania, jakby powstała specjalnie, by oszukać urządzenia. Im bardziej dokładnie szukamy, tym coraz więcej danego materiału, mimo, że duża część procentowa jest dalej wielką niewiadomą.

– Intencjonalizm astroprocesualny może…- powiedział do siebie archeolog.

– Że co proszę?- spytał Fin, sięgając po coś do biurka.

– Element orientacji badawczej, zwanej astroprocesualizmem, powstałą w wyniku krytyki danikanizmu…- zaczął cytować formułkę doktor, ale gdy zobaczył minę Fina, zaprzestał uniwersyteckiego tłumaczenia.- Krótko mówiąc, podobnie jak dawniej obce cywilizacje starały się ukryć swoje wpływy obecności na ziemi poprzez intencjonalne jej schowanie pod zdobyczami cywilizacyjnymi ludzi. Na podobny pomysł mogli wpaść też Japończycy, że pod pozorem czegoś oczywistego schowali coś, co odkryli po to by, nikt inny nie miał do tego dostępu.

– Sugerujesz, że specjalnie Technokracja dodała te pierwiastki do swojego izotopu, by stworzyć coś, co nie było wtedy znane, a nawet teraz, by oszukać innych badaczy?- dopytywał dalej Elias.

– To tylko hipoteza, biorąc pod uwagę, że w tym okresie Japończycy bardzo mocno bronili swoich technologii przed pozostałymi krajami – tłumaczył dalej Janos.- Minęły jednak dwa stulecia i są już pewne metody, by to obejść, ale wymaga dobrego zespołu ludzkiego, a nie maszyn.

– Rozumiem do czego dążysz- odpowiedział dyrektor, kładąc na stół ekran dotykowy.- Daj mi listę tych swoich specjalistów, przygotuję im miejsce pracy i nocleg. A tutaj masz pełną dokumentację z prac nad przedmiotem. Co prawda, więcej tutaj zdjęć aniżeli samego tekstu, więc na nic się pewnie ci zda, ale mus to mus.

– Dlaczego tak krytycznie podchodzisz do swoich działań- uśmiechnął się ironicznie archeolog, otwierając pliki.- Możliwe, że kilka z nich do czegoś się nada.

– Dupek- podsumował krótko Fin, ale potem się cicho zaśmiał.- Dobra, czas nagli, a ty pewnie chciałbyś zobaczyć  ten artefakt na własne oczy.

– Nie mogę się wręcz doczekać- odpowiedział Węgier, wstając z fotela.- Prowadź do tego cudu techniki.

Oboje wyszli na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Elias wytłumaczył Janosowi, że jak już będą w laboratorium wyda mu specjalną kartę magnetyczną, która da mu dostęp do wszystkich poziomów centrum, wyłączając prywatne pokoje sypialniane. Zaraz potem skierowali się na lewo, gdzie stały widziane wcześniej duże, ciężkie i rozsuwane wrota. Dyrektor przyłożył do czytnika kartę, a zaraz potem wysunęło się urządzenie do badania linii papilarnych oraz źrenic ocznych. Elias przeszedł przez cały proces i następnie nakazał zrobić to dokładnie to samo Janosowi, by główny komputer zapisał nowe dane. Gdy już wszystko zostało spełnione, wrota rozsunęły się.

Gdy tylko archeolog znalazł się w środku otworzył usta ze zdziwienia. Spodziewał się wielkiego leju, pełnego różnych wynalazków, olbrzymiego hałasu, utrzymanych w metalicznym klimacie. Tymczasem czuł się, jakby wszedł do typowego biurowca. Pokój był zastawiony biurkami z ekranami i w całości otoczony oknami z białym sufitem z halogenami. Jedynie podłoga była w całości metalowa. Do tego ludzie, zamiast ubrani w białe kitle, mieli na sobie niemal codzienne ubrania: spodnie, koszule, kamizelki, spódnice. Jednakże, im bardziej Janos wchodził w głąb całego laboratorium, jego pierwsze wrażenie zaczęło znikać. Zauważył, że każde okno było podłączone do idącego w stronę podłogi kabla, które łączyły się we wspólną grupę. Węgier dopiero teraz zdał sobie sprawę, że to nic innego, jak baterie słoneczne, zrobione na wzór lustra weneckiego, które prawdopodobnie stanowiło jedną z wielu w tym miejscu źródeł zasilania. Przechodząc koło boksów, zauważył, że każdy z nich jest wyciszony, zaś wewnątrz faktycznie prowadzono badania nad jakimiś urządzeniami, które na szybko archeolog nie był w stanie zidentyfikować, a przechodząc koło ludzi zauważył, że ich stroje faktycznie nie różnią się od typowego przechodnia, gdyby nie to, że były zrobione ze specjalnego włókna ochronnego, który między innymi stanowił część munduru bojowego w wielu oddziałach Federacji Solarnej, chroniącego nie tylko przed obrażeniami, ale również i promieniowaniem. Do tego, pomieszczenie było naprawdę olbrzymie, zaś ściany boksów szły aż po sufit.

– Może ci się wydawać to nieco odmienne od tego, co zwykle prezentują laboratoria, ale wygodna pracy jest równie ważna, jak jej efekt- powiedział w końcu Elias, widząc, że Janos patrzy z coraz większym podziwem na to miejsce.

– Niech zgadnę, kolejny szalony pomysł Marthy Hiro, co?- stwierdził z uśmiechem archeolog, widząc, jak jeden z inżynierów w jednym boksie uruchomił właśnie maszynę, która zaczęła działać coraz szybciej i szybciej, wbrew woli naukowca.

– Akurat trudno nazwać to szalonym pomysłem- odpowiedział Elias, kątem oka również dostrzegając zmagania inżyniera ze swoim wynalazkiem, które się skończyło odcięciem dopływu energii do urządzenia.- Dzięki parawanom ochronnym, zagłuszane są dźwięki, co nie przeszkadza innym inżynierom. Do tego, każdy, kto przedstawia projekt, musi podać również metraż, na jakim będzie chciał pracować. Dzięki temu jesteśmy w stanie przygotować stanowisko by spełniały zasady ergonomii pracy.

– Mokry sen każdego BHPowca, co?- spytał ironicznie Janos, spoglądając, jak jakaś kobieta zaczyna wrzeszczeć na naukowca od maszyny.- Dobra, a co z większymi projektami, jak na przykład silniki.

– W suchym doku- odpowiedział krótko dyrektor ośrodka.- Koteria wykupiła dla nas powierzchnię, w której możemy testować części okrętów. Niektóre projekty przenieśliśmy jeszcze do podziemi. O, jesteśmy.

Archeolog nawet nie zauważył, kiedy zdążyli przejść przez całe laboratorium i znaleźli się przy kolejnych metalowych wrotach, na których był trójkątny znak ostrzegający przed promieniowaniem. Janos podniósł brew:

– Chcesz mnie zabić?- spytał doktor, spoglądając na Fina.

– Nie bój się, to po prostu na wszelki wypadek- odpowiedział Elias, podchodząc do ściany i wpisując kod na klawiaturze.- Nie wiedzieliśmy z czym mamy do czynienia i czy w trakcie badań nie dojdzie do jakiś reakcji jądrowych. Dlatego umieściliśmy to urządzenie w tym pomieszczeniu. Poza tym, dzięki temu nie rzuca się w oczy i będziecie mogli przy nim bezpiecznie pracować.

– Jak rozumiem, nie muszę się martwić, że wyrośnie mi trzecia ręka- spytał ironicznie Janos, spoglądając, jak głos z komputera potwierdza, że hasło jest właściwe.

– Na tę chwilę, nie- odpowiedział dyrektor, wchodząc do pomieszczenia, które otworzyło się po wpisaniu hasła.

Gdy archeolog wszedł za Finem, dostrzegł dość spory pokój, mający prawie czterdzieści metrów kwadratowych, którego ściany obłożone były ołowiem. Wzdłuż podłogi i sufitu szły światłowody, do których podłączone były ekrany dotykowe, które wisiały na ścianach. Do tego było kilka biurek ze stacjonarnymi komputerami. Na samym środku pokoju stał zaś spory czarny, owalny przedmiot z białymi plamkami i szparą idącą idealnie na środku obiektu. Janos spojrzał kątem oka na Eliasa, który, po zamknięciu pomieszczenia kiwnął głową jako znak, że archeolog może się zbliżyć do artefaktu. Doktor podszedł bliżej przedmiotu, tak, że miał go na wyciągnięcie ręki. Dotknął jego gładkiej powierzchni gołą dłonią. Nie czuł żadnych drgań i odgłosów, świadczących o tym, że urządzenie faktycznie funkcjonuje. Wierzył jednak wstępnej ekspertyzie, którą prowadził Fin. Zabrał dłoń i odwrócił się w stronę Eliasa:

– Sprowadź moją ekipę jak najszybciej- powiedział archeolog, podchodząc do dyrektora.- Marika Anabell i Sung Kim Hee powinni być już na Keplerze, gdyż przybyli wraz ze mną. Udostępnijcie również transportowiec, gdyż trzeba będzie przewieźć nasz sprzęt oraz ludzi, którzy zajmą się dźwiganiem go. Resztę powiadom najlepiej astrophonem. Gdy tylko będę miał już niezbędne minimum, od razu zabieram się do pracy. Zbyt dużo czasu zmarnowano na, wybacz, że to mówię, na czcze badania.

– Wybaczam- kiwnął głową Elias, otwierając tablicę dotykową, którą dostał od Węgra.- Osobiście się tym zajmę i to zaraz. Zostawiam ciebie i artefakt sam na sam. Powodzenia.

– Dzięki- skinął głową Janos.

– Może masz już jakieś przebłyski geniuszu, co to może być?- zapytał jeszcze dyrektor, otwierając wrota.

– Nie, ale…- Janos spojrzał raz jeszcze na artefakt.- Mam wrażenie, że gdzieś coś podobnego widziałem, ale nie jestem w stanie przypomnieć gdzie i w jakiś okolicznościach.

– Hm, rozumiem- kiwnął głową Elias.- Przypadki zwykle są początkiem czegoś wielkiego.

– Żebyś wiedział- zaśmiał się cicho archeolog.

 

Wakacyjna „przygoda z archeologią”- badania kultury rösseńskiej na wielokulturowym stanowisku Stobno 13, woj. zachodniopomorskie.

Mając 14 lat odkryłem pierwsze w Polsce stanowisko kultury rösseńskiej w miejscowości Szczecin- Gumieńce, w pobliżu siedziby Uniwersytetu Szczecińskiego. Pierwszy kontakt z tą ceramiką pozostawił na mnie niezatarte wrażenia. Wówczas miałem okazję uczestniczyć w badaniach w których kierownik mgr Eugeniusz Wilgocki. Rzeczywiście kolejne lata przyniosły przełom w studiach nad obrazem mozaiki kulturowej na Niżu Środkowoeuropejskim. Wobec ogólnego słabego stanu badań, również w Niemczech, przez szereg lat trudno było prawidłowo wykorzystać to wyjątkowe znalezisko.

W 2004r. i 2007r. miałem okazję prowadzić badania obiektów kultur rösseńskiej w Mierzynie, przy ulicy Mierzyńskiej, pod kierunkiem prof. dr hab. T. Galińskiego i mgr M. Dworaczyka. Poświęciłem im dwa artykuły naukowe.

Najważniejsze badania obejmujące ślady najpewniej dwufazowej osady kultury rösseńskiej przeprowadzono w ramach współpracy między Muzeum Narodowym w Szczecinie (mgr M. Dziewanowski) i Uniwersytetem Szczecińskim (dr A. Matuszewska). Początkowo ich celem była weryfikacja mojego doniesienia z 2014r. o naruszeniu jamy tej kultury. Efektem współpracy było jednakże poszerzenie zakresu i przebadanie jednej z największych jam gospodarczych z oryginalnym materiałem ceramicznym.https://www.facebook.com/marcin.dziewanowski.92/media_set?set=a.103472053046210.5317.10000150247 4519&type=3

Chociaż obecność tej kultury postulowałem już w 2011r. na stanowisku w Warzymicach (przy ul. Turkusowej), dopiero w 2013r. miałem okazję ten stan rzeczy zadokumentować dzięki we współpracy z mgr Mieszkiem Pawłowskim. Kolejne, szczególnie owocne badania przeprowadziłem w 2016r.

https://www.facebook.com/pg/Nadodrze.archeologia.nadzory.Dziewanowski/photos/?tab=album&album_id= 1226572040701278

Natomiast, odkrywając w 1999r. zabytki krzemienne ze Szczecina – Gumieniec, przyjeżdżałem na Stobna pozyskiwać krzemień pasiasty do “eksperymentalnej” produkcji wiórów. Mój ‘kontakt z obiektem kultury rösseńskiej na stanowisku Stobno 13 sięga 2013r., chociaż wówczas widoczny był jako w-wa kulturowa (w-wa zasypiskowa jamy). Badaniom prowadzonym na tym stanowisku i najnowszym odkryciom poświęcona jest niniejsza opowieść. Pierwsze wyniki badań pozwalają wskazać ich większy potencjał poznawczy od stanowisk Szczecin- Gumieńce i Mierzyn. Jama o powierzchni przekraczającej 160m² powinna kryć świadectwa intensywnej aktywności gospodarczej. Należy zaznaczyć, że wstępne prace dostarczyły kilkudziesięciu fragmentów ceramiki, w tym znajdującej analogie tylko w obrębie ekumeny kultury rösseńskiej. Musze też zaznaczyć, że pisząc te słowa mam za sobą dopiero dwa dni badań terenowych i potencjalnie najciekawsze wyniki powinny przynieść kolejne tygodnie.

https://www.facebook.com/pg/Nadodrze.archeologia.nadzory.Dziewanowski/photos/?tab=album&album_id= 1611921595499652

Pojawiają się pytania dlaczego odkrycie jest tak istotne dla nauki polskiej, ale też europejskiej. Około roku 4600 przed Chr. doszło do silnego przemieszczenia ludności KR w kierunku północno-wschodnim z międzyrzecza Renu i Łaby, dotarcie do Odry i stworzenie silnego mikroregionu na Wale Stobniańskim oddziaływującego między innymi na cały Niż Polski i inicjującego zmiany w środowisku kultury Erteboelle- Ellerbek. Bez wątpienia społeczność ta będąca nośnikiem kultury zachodnioeuropejskiej z oryginalną, piękną ceramiką, dobrze zorganizowaną praktyką replikowania jakości kulturowej i specyficzną architekturą jest kluczowa dla zrozumienia procesów kulturowych, tym bardziej na styku świata kultury agrarnej i łowieckozbierackich. Granica między ‘światami’ jest wyobrażona i przebiega na wysokości Szczecina, ale jest też geograficzna i jest wyznaczona przez rzekę Odrę, która tworzy podział na dwa światy w ramach ugrupowań agrarnych.

min. 13.25 http://szczecin.tvp.pl/33461684/2130-20817

Pierwszym badaczem polskim, który przyjrzał się kontaktom równoleżnikowym w kontekście kultury rösseńskiej był prof. dr hab. L. Czerniak. Najnowszym ujęciem jest obszerny artykuł Aleksandry Sznajdrowskiej z Uniwersytetu Rzeszowskiego. Z kolei zjawisku kontaktów równoleżnikowych i bezpośrednio elementom kultury rösseńskiej na Wale Stobniańskim przyjrzałem się w artykule, który ukazał się w tym roku. https://www.academia.edu/32667166/Dziewanowski_GSA5_2017_Features_of_the_postLBK_with_Roessen_ culture_influences_on_Szczecin_Heights.pdf

W trakcie badań planowane są akcje popularyzatorskie i warsztaty między innymi we współpracy z Fundacją Ścieżkami Pomorza. Całość danych można znaleźć w albumach na stronie Dolne Nadodrze- nadzory archeologiczne oraz Archeologia Wzniesień Szczecińskich założonych na portalu społecznościowym Facebook, zaś artykuły na profilu autora na portalu Academia.edu.

 

Opracował: mgr Marcin Dziewanowski

 

 

Literatura:

Czerniak L. 1979 Z badań nad problematyką równoleżnikowych kontaktów kulturowych społeczeństw dorzeczy Odry i Wisły w młodszej epoce kamienia (Zagadnienie tzw. wpływów kultury rösseńskiej), Wiadomości Archeologiczne, t. XLIV, z. 2. s. 123-130.

Dziewanowski M. 2015(2017) Obiekty kultur postlinearnych z wpływami kultury Rössen na Wzniesieniach Szczecińskich w świetle odkryć z lat 1995–2014 (Features of post-LBK cultures with the Rössen culture influence on Szczecin Heights in the light of discoveries from the years 1995– 2014), Gdańskie Studia Archeologiczne, t. 5, s. 9-40

Sznajdrowska A. 2012 Recepcja wzorców rösseńskich na Niżu Polski, Materiały i Sprawozdania Rzeszowskiego Ośrodka Archeologicznego, t. XXXIII, Rzeszów, s. 63-93

Linki:

https://www.academia.edu/19824757/2015_Podsumowanie_bada%C5%84_zrealizowanych_na_terenie_Gmi ny_Ko%C5%82baskowo_w_latach_20112013._Przyczynek_do_studi%C3%B3w_mikroregionalnych_Wzniesie%C5%84_Szczeci%C5%84skich_The_summ ary_of_studies_carried_out_in_Ko%C5%82baskowo_Commune_in_2011-2013_

 

https://www.academia.edu/5492778/Wyniki_bada%C5%84_interwencyjnych_na_wielokulturowym_stanowis ku_nr_5_AZP_3004_106_w_Mierzynie_gm._Dobra_Szczeci%C5%84ska_Rusults_of_intervention_excavations_at_the_multicult ural_Site_5_AZP_Archaeological_Record_of_Poland_3004_106_in_Mierzyn_the_Dobra_Szczeci%C5%84ska_Commune_

 

 

Szczecin- Gumieńce (ul. Harnasiów). Wybór ceramiki klasycznej dla ‘kultury Rössen’.

 

Mierzyn, ul. Mierzyńska. Badania studenckie w Mierzynie w 2004r. (autor: Michał Rejchert).

 

 

Stobno- krzemień pasiasty (autor: M. Dziewanowski).

 

Stobno, w pobliżu ul. Rodzinnej. Widok stanowiska z drona (autor: WESTEND 3D Studio).

 

Stobno- wybór zabytków (autor: M. Dziewanowski).

 

Wybór dotychczasowych znalezisk z Wału Stobniańskiego.

 

 

Wahlitz, Kr. Burg. Wybrane znaleziska z publikacji.

 

Mierzyn, przy ul. Zeusa. Największy obiekt z fazy Bischeim (ca. ‘Roessen III’) w Mierzynie w trakcie badań w 2010r. (Autor: Marcin Wierzbicki).

Wyznania młodego kopacza

– Ti ti ti titi titi- słyszę w uszach.

Z trudem otwieram oczy, spoglądając na sufit. Sądzą po tym, że w pokoju jeszcze panuje półmrok musi być jeszcze wcześnie, gdzieś piąta-szósta rana. Taaa, to by się zgadzało. W głowie rodzi mi się pomył, by jeszcze poświęcić piętnaście minut na sen. Ale potem dochodzi do mnie, co oznacza piętnastominutowe spóźnienie: zajętą łazienkę. Nie byłoby to problemem, gdyby nie to, że w pokoju obok śpią cztery dziewczyny, a łazienka jest tylko jedna.

Z trudem podnoszę się z karimaty, ściągając z siebie śpiwór. Pokój, w którym śpię jest dość przestrzenny, nie mniej, oprócz mnie, śpi w nim jeszcze sześciu facetów, co sprawia, że realnie jest on znacznie mniejszy. Do tego przesiąknięty męskim potem, ale do tego akurat idzie się przyzwyczaić. Rozglądając się dookoła siebie, szukam butelki wody by zabić pragnienie. Jak się okazuje, znajduję ją dopiero pod stołem, najwidoczniej w czasie snu, musiałem walnąć ją nieświadomie ręką. Kosztując mineralnego trunku, spoglądam na sam blat stołu. Oprócz laptopów, pierwsze co się rzuca w oczy to butelki po piwie, w licznie przynajmniej dwóch tuzinów. I tak grzecznie, pomyślałem. Ostatnio obchodziliśmy urodziny jednego z naszych kumpli. Piwo było jedynie popitką to mocniejszych alkoholi. Cóż, z pewnością była to „kolorowa” noc, ale poranek był co najmniej niesympatyczny. Dobrze, że miało to miejsce z soboty na niedzielę, przez co nie trzeba było nastawiać budzika. Nie mniej widok bandy żywych trupów, którzy z przyćmionymi oczami i bladymi licami zdołali wykaraskać z ust jedynie słowo „wody” był co najmniej pocieszny. Cytując Zagłobę: „zawsze mówiłem, że gorzałka ino tęgiej głowie służy”.

Po zabiciu pragnienia, zacząłem wyciągać z torby mały ręcznik i kosmetyczkę, by obmyć się przed pójściem do pracy. Do moich uszu zaczęły dochodzić kolejne odgłosy budzików, co mogło oznaczać tylko jedno: zaraz zerwie się banda, która po wczorajszych randkach z piwem będzie chciała skorzystać z łazienki. Przyspieszyłem kroku i otworzyłem drzwi od naszego pokoju, by wyjść na korytarz. Jęknąłem tylko, gdyż zauważyłem palące się już światło w łazience. Oznaczało to, że któraś z dziewczyn już zajęła łazienkę. Wziąłem głębokie westchnięcie i zdecydowałem się skierować swoje korki w stronę kuchni, by przynajmniej przygotować sobie coś do jedzenia.

Otworzyłem małą lodówkę, szukając kątem oka paczki salami, które mi jeszcze powinno zostać, a także ketchupu, masła oraz żółtego sera. Byłem wręcz zdziwiony, że nikt mi go jeszcze nie ruszył, w końcu to było takie normalne w tym miejscu, że podkradało się sobie jedzenie. Co do chleba, mogłem być bardziej spokojny, bo wiedziałem, że tylko ja go jem, a pozostała część „załogi” woli bułki. Zacząłem sobie robić drugie śniadanie, gdy usłyszałem, że łazienka się zwolniła. Wyszła z niej wciąż zaspana Ania, która widząc mnie, uśmiechnęła się lekko i powiedziała krótkie „Siema”. Odwzajemniłem się tymi samymi słowami i kontynuowałem przygotowywanie posiłku. W końcu, gdy moje śniadanie było gotowe i zapakowane, poszedłem do łazienki, by umyć zęby i twarz, a także skorzystać z bardziej „ludzkich” zapotrzebowań z korzystania z tego miejsca. W przeciwieństwie do naszych dam, moja „toaleta” trwała z dziesięć minut i byłem już gotowy do dalszego życia. Co prawda, ciało wołała prysznicu, bo noc była, jak to w lato, bardzo duszna, ale po co, skoro charakter pracy zakładał, że i tak w ciągu pierwszych trzydziestu minut spocę się jak pies. Trzeba z tym żyć. W międzyczasie, jak zdążyłem przewidzieć, z pokoju zaczęło wychodzić coraz więcej osób, które domagały się również wizyty w łazience. Ja, mają to za sobą, wróciłem do pokoju. Miałem jeszcze trzydzieści minut do wyjścia. Cóż, zamiast jak każdy normalny człowiek przygotować sobie główne śniadanie, ja wolałem sięgnąć po papierosa. Przekląłem jednak, gdyż w paczce było już pusto. Zapewne efekt wczorajszego wieczora i tzw. „złotego rozdania”. Ale jak to się mawia, nic w przyrodzie nie ginie i sięgnąłem do swojej torby, wyciągając opakowanie z tytoniem, bibułkami i filtrami. W ciągu pięciu minut zwinąłem pięć papierosów, jednakże na tę chwilę powinno wystarczyć. Najwyżej później zrobi się więcej. Łapiąc w gębę zawiniątko, wyszedłem z domku, w którym mieszkaliśmy.

Pierwsze co mi przyszło do głowy to było przeklęcie dnia. Na niebie nie było ani jednej chmury, co mogło oznaczać tylko, że słońce będzie waliło nam po łbach jak diabli. Nie ma nic gorszego niż słońce w naszej pracy. Ale co zrobić, pracować trzeba. Odpaliłem papierosa, pogrążając się w rozmyślaniu nad tym, jak ten dzień będzie do kitu, ale przynajmniej jest jeszcze co jeść i palić. Po wypaleniu, tradycyjnie starałem się strzepać maksymalnie tytoń. Ot, taki zrozumiały jedynie dla mnie zwyczaj. Wszedłem z powrotu do domku, który zaczął powoli ożywać. Zaczęły się dyskusje, błagania o udostępnienie łazienki. Na szczęście, ja już się nie musiałem o to martwić. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, jak to się mawia. Olałem pierwsze śniadanie, raczej nigdy go nie jadłem, bo dla mnie pora posiłku to zwykle godzina jedenasta, a więc do tego czasu nie będę głodny. Na pewno jednak musiałem się przebrać do pracy. Zacząłem się rozglądać po swoim pokoju w poszukiwaniu roboczych dżinsów i bawełnianej koszuli. Moi znajomi patrzyli na mnie jak na świra, że mimo takiej temperatury, ubierałem się jak na Syberię. I z nic nie dochodziły tłumaczenia, że wełna lepiej wchłania pot i nie czuje się gorąca, a długie spodnie pozwalają dłużej pracować na klęczkach. Każdy ma swój własny „dress code” jeśli chodzi o naszą pracę. Jedni wolą być ubrani jak na plażę, inni jak na wyprawę na biegun. Ale zawsze najważniejsze było nakrycie głowy: czy to chusta czy czapka. Chodziło o to, by nie dostać udaru od ciągłego przebywania na słońcu, a wierzcie mi, trudno tam gdzie pracujemy szukać cienia. W końcu to pole, co prawda rozkopane, ale jednak pole. W moim przypadku nakryciem głowy był brązowy kapelusz w typie fedora. Oczywiście, śmiano się ze mnie, mówiąc, że wyglądam, jak Indiana Jones, ale mi nie było do śmiechu z dwóch powodów: po pierwsze, kapelusz z szerszym rondem lepiej chroni przed słońcem, a po drugie, jako jedyny z nich wszystkich wyglądam jak teoretyczny wzór archeologa, którymi chcieliśmy się stać.

 

*

 

Jak się spodziewałem, słońce dawało w najlepsze, a była dopiero godzina 10 rano. Jednak nie to było najgorsze. To co mnie najbardziej drażniło to była zazdrość, połączona ze współczuciem. Koleżanka, która ze mną pracowała dostała jakiegoś bólu brzucha i musiała zostać w bazie noclegowej. Co prawda, nie ma nic przyjemnego w cierpieniu, ale przynajmniej nie jest podatna na promienie tej nieszczęsnej gwiazdy, wokół której krążą wszystkie planety z naszego układu. Pot lał się z mojej głowy z każdym ruchem łopaty i gdyby nie kapelusz, byłoby jeszcze gorzej. Co więcej, każdy zbędny ruch mógł spowodować, że cały kontekst wykopu pójdzie w cholerę. Co rusz musieliśmy podlewać profil, by tylko było dobrze widać warstwy, które kopiemy. I gdyby to było jedyne o co mielibyśmy się martwić, ale nie- musieliśmy jeszcze zważyć, czy w zabieranej ziemi nie było kawałków krzemieni oraz ceramiki.

Podczas wytaczania poszczególnych wykopów na stanowisku, zauważono, że miejscu, w którym obecnie kopiemy ziemia jest nieco ciemniejsza i ma owalny kształt. Takich odcieniów w niedalekiej odległości było jeszcze wiele, więc szybko uznano, że to musi być jakaś osada. Pierwsze warstwy faktycznie napawały kierowników badań dużym optymizmem. Na wykopie znaleziono m.in. pozostałość paleniska, w drugim domostwa, o czym miały świadczyć pozostałości naczyń i fragmenty krzemieni. O ile u innych sukces sypał się z ilością znalezionych artefaktów, to w moim obiekcie nie było już tak różowo. Ze świecą szukać jakiś znalezisk. Co więcej, nie mam najlepszego wzroku, mimo tego, że mam na nosie okulary, a drobne kawałki krzemieni mogą mi gdzieś uchodzić. O ile zwykle miałem pomoc w postaci osoby, która zajmował się „sitowaniem”, to obecnie umiera w bazie na bóle brzucha. Taaa, cały obiekt tylko mój, hura… Mam nadzieję, że za chwilę dotrę do tego cholernego calca, co tylko będzie oznaczało, że skończyłem pracę na tym obiekcie. Potem tylko zdjęcia, rysowanie profilu i sprawa zamknięta. Ale, jak to zwykle bywa z marzeniami, kończą się miernie.

*

Godzina 12:00, czas na dłuższą przerwę. Dłuższą, bo trwającą aż 20 minut zamiast standardowych pięciu. Dla mnie to też czas, że mogę dołączyć do pozostałej części ekipy. Zwykle podchodzę do tego jako coś normalnego, ale dzisiaj, po pięciu godzinach przebywania samemu, ciągnie mnie do ludzi. Przysiadłem się do swojej grupy, z którą wspólnie mieszkam. Oczywiście, już od początku pojawiło się pierwsze pytanie „czy masz fajka”. Oczywiście, miałem, ale odpowiedziałem, żeby sobie sami skręcili, bo mi się nie chciało. Natomiast ja sięgnąłem po swoją paczkę i wyciągnąłem samoróbkę i zapaliłem, wcześniej otrzepując  zapalniczkę z piasku. Zaciągnąłem się tytoniem, kładąc się ziemi, podkładając sobie pod głowę plecak. Zasłużony luksus wypoczynku w końcu nadszedł, pomyślałem, zaciągając się papierosem. Jednym uchem jednak zacząłem nasłuchiwać jakie rozmowy mają miejsce między pracownikami na wykopaliskach.

Ekipa, z którą mieszkam na co dzień oczywiście omawiała ploteczki wydziałowe, czyli który z profesorów i doktorów co robi, jakie ma się układy i układziki z nimi, a także kogo czeka egzamin poprawkowy u największych kos u nas na katedrze. Ja sam po dziś dzień nie zapomnę swojego egzaminu poprawkowego z metodologii. Pytania były co najmniej podchwytliwe i jeśli nie zdało się poprawki, jedyne co jeszcze mogło cię czekać to komis. A to mi się nie uśmiechało, zwłaszcza, że miałem już jeden za sobą i to w pierwszym semestrze pierwszego roku. Potem na szczęście już było tylko lepiej, co nie znaczy, że było perfekcyjnie. Nigdy nie jest. A co do egzaminu z metodologii, zdałem go, a co dalej było można opisać krótko, że nie pamiętam, jak się znalazłem z powrotem w domu.

Była też jeszcze druga część ekipy, która z nami pracowała. O ile ta, z którą mieszkałem to byli w większości studenci, których codziennie mijam na korytarzu, to ci drudzy to miejscowi autochtoni, którzy zostali zatrudnieni jako osoby kopiące. O ile większość kierowników wykopalisk wychodzi z założenia, że w wakacje należy kopać studentami, bo to nic nie kosztuje, poza zapewnieniem bazy noclegowej, to obecnie kopane stanowisko było tak duże, że bez pomocy osób z zewnątrz czas prac byłby za duży. Poza tym, uniwersytet wyegzekwował niezłe pieniądze na prowadzone tu badania, tak też kierownictwo stać było na wynajęcie pracowników. Była ich chyba z dwudziestka, w wieku od 17 do nawet 80 lat. W większości były to osoby w wieku emerytalnym, które sobie chciały dorobić, ale zdarzały się też i przypadki dość niezwykłe, jak na przykład nauczyciel historii z miejscowej szkoły, który chciał poszerzyć swoją wiedzę,…

 

 

 

– Paweł O.

URBEX

Hej, chciałbym napisać wam kilka słów o mojej pasji, o URBEXIE.

Czym jest? URBEX jest skrótem od Urban Exploration czyli po polsku, miejskiej eksploracji.

Opiera się na odkrywaniu miejsc stworzonych przez człowieka, które są opuszczone bądź trudno dostępne. Przekrój takich miejsc jest olbrzymi, od opuszczonych po PRLowskich budynków przez zapomniane pałacyki i nienadające się do dalszego użytkowania drapacze chmur, po katakumby oraz zrujnowane kościoły. Motywów parania się miejską eksploracją jest tyle ile osób, które to robią. W moim przypadku jest to po prostu chęć ponownego odkrywania i poznawania historii miejsc, które czas powoli obraca w pył, a o których nikt nie będzie pamiętał.

 

Jeśli wizja wyruszenia w takie miejsca jest dla was interesująca musicie zdać sobie sprawę z zagrożeń, które się z tym wiążą i, których nie należy lekceważyć. Udając się w opuszczone lub wyłączone z użytku miejsce trzeba pamiętać o tym żeby nigdy nie iść samemu, brak jakichkolwiek zabezpieczeń na klatkach schodowych, zrujnowane stropy i dziury w podłogach przez chwilę nieuwagi mogą zafundować ciężki uraz lub nawet utratę życia. Dlatego warto mieć przy sobie zawsze kogoś, kto będzie w stanie udzielić nam ewentualnej pomocy. Niesamowicie przydatna jest również mocna latarka, telefon komórkowy o dużym zasięgu oraz nóż, który jest uniwersalnym narzędziem. Oprócz zagrożeń związanych ze stanem technicznym, kłopotów można spodziewać się od osób trzecich, które napotkamy oraz często służb mundurowych lub oficerów ochrony strzegących niektórych miejsc. Dlatego mimo, że czasami może wydawać się, że jesteśmy sami lepiej zachowywać jest się dyskretnie i cicho.

Powyżej postarałem się wam zarysować jedynie obraz tego czym URBEX, jeśli taki sposób spędzania wolnego czasu was zaintryguje polecam poszperać po sieci, znajduje się w niej mnóstwo obszernych artykułów o tej tematyce oraz fora na których możecie spotkać podobnych mi zapaleńców oraz znaleźć informacje o ciekawych lokalizacjach. Czołem!

 

 

  • FILIP

Dziedzictwo i dzieci

 

 

Czy archeologia jest potrzebna? Czy dziedzictwo jest ważne i należy je chronić? Czy najdawniejsza przeszłość człowieka może być interesująca. Czy może przynosić rozrywkę?

 

 

Na te pytania, w odniesieniu do swojego regionu miały za zadanie odpowiedzieć dzieci ze szkoły podstawowej oraz gimnazjum w Bobolicach. Lekcje przeprowadzone zostały przez archeologów w kontekście otwarcia wystawy w lokalnym muzeum, dotyczącej niedawno ukończonych badań archeologicznych w rejonie Bobolic.

 

Temat lekcji brzmiał: „Ochrona dziedzictwa archeologicznego poprzez organizację ruchu turystycznego”. Pierwsza część lekcji polegała na określeniu specyfiki zawodu archeologa oraz samej archeologii jako nauki. Zadaniem było również wspólne stworzenie definicji dziedzictwa i odpowiedź na pytanie czy oraz jak warto chronić nasze dziedzictwo. W drugiej części lekcji uczestniczący zostali podzieleni na grupy, w których mieli przygotować swoją propozycję ochrony lokalnego dziedzictwa, bazującą na stworzeniu wokół zabytków atrakcji dla turystów.

Na koniec zajęć każda z grup prezentowała swój pomysł na ochronę lokalnych zabytków. Grupy były nagradzane oklaskami oraz głosami słuchającej ich reszty uczestników. Najlepsze z projektów miały być takimi, z których, jako z atrakcji turystycznych najchętniej skorzystałaby reszta dzieci.

Lekcje miały uczyć społecznej świadomości konieczności ochrony lokalnego dziedzictwa oraz wskazywać możliwe drogi takich działań.

Z zadowolonych min dzieci wyglądało na to, że udało się nam cel ten całkiem nie najgorzej osiągnąć 😊

Wnioski

Prowadzenie lekcji dal dzieci, w szczególności w szkołach, gdzie nowo przybyły organizator zajęć wchodzi w całkowicie nieznany świat współżyjącej ze sobą na co dzień grupy jest bardzo dużym wyzwaniem. Na samym początku kluczem jest wyczucie nastawienia młodzieży i sposobu, w jaki można do nich dotrzeć, zaciekawić oraz zaangażować w przebieg zajęć.

Z doświadczenia zgromadzonego na przykładzie Bobolic i przeprowadzonych tam lekcji w trzech różnych grupach wiem, że każda grupa jest zupełnie inna, wymaga odrębnego podejścia i nastawienia. Niejednokrotnie przydatna i nieoceniona okazuje się być pomoc nauczycieli, którzy znają swoich uczniów bardzo dobrze i mają wśród nich zasłużony posłuch i respekt.

Panowanie nad grupą uczniów to jedno, kolejną rzeczą jest konieczność przedstawienia tematu tak, by dzieci on zainteresował. Muszą więc mieć możliwość w pierwszej kolejności wyrobić sobie pogląd na dany temat poznając go odrobinę. Należy je ośmielić i pozwolić myśleć, nagradzając kreatywność, pozwolić wyjść poza schematy. W Bobolicach udało się to moim zdaniem całkiem dobrze i dało bardzo zadowalające wyniki w postaci nieszablonowych i różnych projektów, jakie zostały stworzone przez grupy uczniów.

 

 

Prowadzenie lekcji jest trudne, ale, gdy partycypacja dzieci jest duża daje ogromną siłę i chęć do działania, która z kolei jest odczuwalna także dla uczestników. Podsumowując, nauczyciel napędza uczniów, by oni napędzali jego i tak w kółko.

Odnosząc się natomiast do przekazanej podczas zajęć wiedzy przede wszystkim chciałabym podkreślić, że uczniowie wspólnie stwierdzili, że, po pierwsze dziedzictwo JEST ważne. Po drugie, że należy je chronić, a zarazem dzielić się nim z innymi, którzy odwiedzają dany region. Dziedzictwo kulturowe, archeologiczne, czy historyczne może być zatem czynnikiem przyciągającym dla turystów, pozwalającym na rozwój świadomości społecznej, jak i ekonomiczny rozkwit regionu.

A wszystkim uczestnikom bardzo za partycypację dziękujemy! 🙂 🙂


Miejska exploracja

 

Urbex

 

Urbex, czyli urban exploration, czyli, dosłownie tłumacząc eksploracja, odkrywanie miejskich obszarów, w tym przypadku koniecznie opuszczonych. Urbex staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Jest jednak wiele różnych wartości, które z tego typu rozrywki mogą płynąć. Dla jednych opuszczone miejsca to plener, który daje możliwość kreatywnego wyrażenia siebie. Nie chodzi tu o zwyczajny wandalizm, ale uwiecznianie widzianych obrazów w postaci zdjęć, a niekiedy i bardziej tradycjonalnych obrazów. Opuszczone miejsca są też często wykorzystywane jako swojego rodzaju sceneria dla profesjonalnych sesji zdjęciowych.

Miejsca opuszczone bywają odwiedzane przez osoby, które próbują się tam ukryć przed wścibskimi spojrzeniami. Są miejscem libacji alkoholowych i innych lubieżnych ludzkich uciech. Stają się przy tym niejednokrotnie ponownie miejscem zamieszkania , dla osób, które mieszkać nie mają gdzie.

 

Wreszcie opuszczone miejsca odwiedzają eksploratorzy, którzy szukają wrażeń, nowych widoków. Chcą być tam, gdzie inni już nie przebywają, w miejscach tajemniczych i odrobinę niebezpiecznych.

Każdy, kto odwiedza opuszczone budynki, konstrukcje, czy też całe założenia urbanistyczne ma swój cel. Ja, przebywając w takim miejscu czuję się trochę odkrywcą, robię zdjęcia. Może nie są one idealne, ale pozwalają nie zapomnieć o tych, niejednokrotnie niezwykłych obrazach stworzonych przez czas. Czyli wpisuję się w generalny rys miejskiego eksploratora. Z drugiej strony, jako archeolog, obserwując elementy, które nie pasują do pierwotnych założeń danych budynków, ukazujących ich historię od momentu, kiedy zmieniły się w ruiny, widzę ludzi, procesy, które złożyły się wspólnie z czasem na kreację tego unikalnego obrazu, który można obserwować tylko raz.

Urbex to dla mnie bez dwóch zdań archeologia współczesności. Czas jaki obserwujemy to przestrzeń przeważnie kilku dziesięcioleci, a tak może i kilku lat, uznając, że jej początek to dopiero moment, gdy dane miejsce zostało po raz pierwszy opuszczone. Urbex daje zatem możliwość obserwacji szczątków ludzkich zachowań, które miały pozostać w ukryciu, alternatywnego, nieplanowego drugiego życia budynku. Miejsca, które otrzymało nowe znaczenie.

Subiektywnie zatem hołduję zasadzie urbex’u, by „zabierać ze sobą jedynie zdjęcia a pozostawiać tylko ślady stóp”, jednak z punktu widzenia obserwatora-archeologa, we wszelkich pozostawionych śladach widzę odrębną historię miejsc opuszczonych. A zdjęcia, które zabieram są wspaniałym obrazem, który uwiecznia ten jeden, niepowtarzalny moment, w którym historia się na chwilę zatrzymała tylko dla mnie.


Nie jestem archeologiem

Już drugi raz odbywa się Dzień Archeologii  w Polsce. Nie jestem archeologiem a bliżej poznałam specyfikę zawodu przez kontakty rodzinne. Sądzę, że jest to fascynująca i niedoceniana profesja, wymagająca wiele poświęcenia, często żmudnej i niewdzięcznej pracy.Społeczeństwo niewiele wie o szczegółach pracy archeologa, więc tym bardziej widzę potrzebę rozpowszechniania wartości i wagi zawodu. Misja zachowania wiedzy o przeszłości, która przyświeca jej przedstawicielom jest mi bardzo bliska.Wszak przeszłość lubi cyklicznie się powtarzać, więc znając przeszłość można przewidzieć co czeka nas w przyszłości.

Gorąco pozdrawiam wszystkich ludzi z pasją, dla których misja jest priorytetem.

Serdeczne dzięki organizatorom-wolontariuszom!

Agnieszka P.

Grunwald – “z miłości do historii”

grunwald3
Dni Grunwaldu, nieodzowny element każdego roku.
Miejsce spotkań setek ludzi, na co dzień lub od święta zaangażowanych w rekonstrukcję historyczną i archeologię eksperymentalną. Niektórzy ze światem “reko” są związani zawodowo, niektórzy tylko i aż hobbistycznie. Ja tu trafiłam 8 lat temu z miłości do historii. Wieki średnie wciągnęły mnie do cna. W między czasie wykształciłam się historycznie i archeologicznie. Odtwórstwo jest dla mnie sposobem na życie – osobiste i zawodowe.

Pozdrawiam, Emilia

grunwald1 grunwald2 grunwald4 grunwald6 gunwald5

Racibórz – praktyki studenckie

Praca archeologa ma swoje uroki jak i znoje. Sezon wykopaliskowy zaczyna się wraz z ustąpieniem śniegów  a kończy z ich powrotem.

13871752_10208682182104874_1375208195_n

Dlatego archeolodzy muszą borykać się z częstokroć trudnymi warunkami atmosferycznymi, które maja swoje konsekwencje dla ich kondycji psychofizycznej. Bardzo ważną rolę dla higieny pracy odgrywają zatem morale grupy..

a o te w Raciborzu dbał Paweł..

13823606_10208682183144900_810711717_n

 

Pozdrawiam serdecznie,

Dorota G.