Poland

Archaeologists working in Poland

Digging With Sir Lancelot

My name is Przemysław Nocuń and I would like to call myself both archeologist and castellologist. For nine years now I have been privilaged to conduct archaeological excavations at one of the most important monuments of the Middle Ages in Poland.

Ducal tower of Siedlęcin, in Lower Silesia, Poland, displays one of the most complete and important sets of 14th century domestic wall paintings in Central Europe. The paintings are a rarity both for their mixture of secular, religious and didactic themes, and for their leading subject being the legend of Sir Lancelot of the Lake. Today the tower is the only place in the world where the medieval wall paintings depicting Sir Lancelot of the Lake have been preserved in situ. The tower itself is one of the largest and best preserved medieval tower houses in this part of Europe. Initially crenelated, it stands 22 meters high (72 feet) and retains its original medieval configuration. The most siginificant alteration since the fourteenth century is the addition of a roof in the sixteenth century.

The tower’s Great Hall with the unique paintings depicting Sir Lancelot of the Lake and his legendary exploits. Photo courtesy of Wikimedia Commons

(more…)

Wakacyjna „przygoda z archeologią”- badania kultury rösseńskiej na wielokulturowym stanowisku Stobno 13, woj. zachodniopomorskie.

Mając 14 lat odkryłem pierwsze w Polsce stanowisko kultury rösseńskiej w miejscowości Szczecin- Gumieńce, w pobliżu siedziby Uniwersytetu Szczecińskiego. Pierwszy kontakt z tą ceramiką pozostawił na mnie niezatarte wrażenia. Wówczas miałem okazję uczestniczyć w badaniach w których kierownik mgr Eugeniusz Wilgocki. Rzeczywiście kolejne lata przyniosły przełom w studiach nad obrazem mozaiki kulturowej na Niżu Środkowoeuropejskim. Wobec ogólnego słabego stanu badań, również w Niemczech, przez szereg lat trudno było prawidłowo wykorzystać to wyjątkowe znalezisko.

W 2004r. i 2007r. miałem okazję prowadzić badania obiektów kultur rösseńskiej w Mierzynie, przy ulicy Mierzyńskiej, pod kierunkiem prof. dr hab. T. Galińskiego i mgr M. Dworaczyka. Poświęciłem im dwa artykuły naukowe.

Najważniejsze badania obejmujące ślady najpewniej dwufazowej osady kultury rösseńskiej przeprowadzono w ramach współpracy między Muzeum Narodowym w Szczecinie (mgr M. Dziewanowski) i Uniwersytetem Szczecińskim (dr A. Matuszewska). Początkowo ich celem była weryfikacja mojego doniesienia z 2014r. o naruszeniu jamy tej kultury. Efektem współpracy było jednakże poszerzenie zakresu i przebadanie jednej z największych jam gospodarczych z oryginalnym materiałem ceramicznym.https://www.facebook.com/marcin.dziewanowski.92/media_set?set=a.103472053046210.5317.10000150247 4519&type=3

Chociaż obecność tej kultury postulowałem już w 2011r. na stanowisku w Warzymicach (przy ul. Turkusowej), dopiero w 2013r. miałem okazję ten stan rzeczy zadokumentować dzięki we współpracy z mgr Mieszkiem Pawłowskim. Kolejne, szczególnie owocne badania przeprowadziłem w 2016r.

https://www.facebook.com/pg/Nadodrze.archeologia.nadzory.Dziewanowski/photos/?tab=album&album_id= 1226572040701278

Natomiast, odkrywając w 1999r. zabytki krzemienne ze Szczecina – Gumieniec, przyjeżdżałem na Stobna pozyskiwać krzemień pasiasty do “eksperymentalnej” produkcji wiórów. Mój ‘kontakt z obiektem kultury rösseńskiej na stanowisku Stobno 13 sięga 2013r., chociaż wówczas widoczny był jako w-wa kulturowa (w-wa zasypiskowa jamy). Badaniom prowadzonym na tym stanowisku i najnowszym odkryciom poświęcona jest niniejsza opowieść. Pierwsze wyniki badań pozwalają wskazać ich większy potencjał poznawczy od stanowisk Szczecin- Gumieńce i Mierzyn. Jama o powierzchni przekraczającej 160m² powinna kryć świadectwa intensywnej aktywności gospodarczej. Należy zaznaczyć, że wstępne prace dostarczyły kilkudziesięciu fragmentów ceramiki, w tym znajdującej analogie tylko w obrębie ekumeny kultury rösseńskiej. Musze też zaznaczyć, że pisząc te słowa mam za sobą dopiero dwa dni badań terenowych i potencjalnie najciekawsze wyniki powinny przynieść kolejne tygodnie.

https://www.facebook.com/pg/Nadodrze.archeologia.nadzory.Dziewanowski/photos/?tab=album&album_id= 1611921595499652

Pojawiają się pytania dlaczego odkrycie jest tak istotne dla nauki polskiej, ale też europejskiej. Około roku 4600 przed Chr. doszło do silnego przemieszczenia ludności KR w kierunku północno-wschodnim z międzyrzecza Renu i Łaby, dotarcie do Odry i stworzenie silnego mikroregionu na Wale Stobniańskim oddziaływującego między innymi na cały Niż Polski i inicjującego zmiany w środowisku kultury Erteboelle- Ellerbek. Bez wątpienia społeczność ta będąca nośnikiem kultury zachodnioeuropejskiej z oryginalną, piękną ceramiką, dobrze zorganizowaną praktyką replikowania jakości kulturowej i specyficzną architekturą jest kluczowa dla zrozumienia procesów kulturowych, tym bardziej na styku świata kultury agrarnej i łowieckozbierackich. Granica między ‘światami’ jest wyobrażona i przebiega na wysokości Szczecina, ale jest też geograficzna i jest wyznaczona przez rzekę Odrę, która tworzy podział na dwa światy w ramach ugrupowań agrarnych.

min. 13.25 http://szczecin.tvp.pl/33461684/2130-20817

Pierwszym badaczem polskim, który przyjrzał się kontaktom równoleżnikowym w kontekście kultury rösseńskiej był prof. dr hab. L. Czerniak. Najnowszym ujęciem jest obszerny artykuł Aleksandry Sznajdrowskiej z Uniwersytetu Rzeszowskiego. Z kolei zjawisku kontaktów równoleżnikowych i bezpośrednio elementom kultury rösseńskiej na Wale Stobniańskim przyjrzałem się w artykule, który ukazał się w tym roku. https://www.academia.edu/32667166/Dziewanowski_GSA5_2017_Features_of_the_postLBK_with_Roessen_ culture_influences_on_Szczecin_Heights.pdf

W trakcie badań planowane są akcje popularyzatorskie i warsztaty między innymi we współpracy z Fundacją Ścieżkami Pomorza. Całość danych można znaleźć w albumach na stronie Dolne Nadodrze- nadzory archeologiczne oraz Archeologia Wzniesień Szczecińskich założonych na portalu społecznościowym Facebook, zaś artykuły na profilu autora na portalu Academia.edu.

 

Opracował: mgr Marcin Dziewanowski

 

 

Literatura:

Czerniak L. 1979 Z badań nad problematyką równoleżnikowych kontaktów kulturowych społeczeństw dorzeczy Odry i Wisły w młodszej epoce kamienia (Zagadnienie tzw. wpływów kultury rösseńskiej), Wiadomości Archeologiczne, t. XLIV, z. 2. s. 123-130.

Dziewanowski M. 2015(2017) Obiekty kultur postlinearnych z wpływami kultury Rössen na Wzniesieniach Szczecińskich w świetle odkryć z lat 1995–2014 (Features of post-LBK cultures with the Rössen culture influence on Szczecin Heights in the light of discoveries from the years 1995– 2014), Gdańskie Studia Archeologiczne, t. 5, s. 9-40

Sznajdrowska A. 2012 Recepcja wzorców rösseńskich na Niżu Polski, Materiały i Sprawozdania Rzeszowskiego Ośrodka Archeologicznego, t. XXXIII, Rzeszów, s. 63-93

Linki:

https://www.academia.edu/19824757/2015_Podsumowanie_bada%C5%84_zrealizowanych_na_terenie_Gmi ny_Ko%C5%82baskowo_w_latach_20112013._Przyczynek_do_studi%C3%B3w_mikroregionalnych_Wzniesie%C5%84_Szczeci%C5%84skich_The_summ ary_of_studies_carried_out_in_Ko%C5%82baskowo_Commune_in_2011-2013_

 

https://www.academia.edu/5492778/Wyniki_bada%C5%84_interwencyjnych_na_wielokulturowym_stanowis ku_nr_5_AZP_3004_106_w_Mierzynie_gm._Dobra_Szczeci%C5%84ska_Rusults_of_intervention_excavations_at_the_multicult ural_Site_5_AZP_Archaeological_Record_of_Poland_3004_106_in_Mierzyn_the_Dobra_Szczeci%C5%84ska_Commune_

 

 

Szczecin- Gumieńce (ul. Harnasiów). Wybór ceramiki klasycznej dla ‘kultury Rössen’.

 

Mierzyn, ul. Mierzyńska. Badania studenckie w Mierzynie w 2004r. (autor: Michał Rejchert).

 

 

Stobno- krzemień pasiasty (autor: M. Dziewanowski).

 

Stobno, w pobliżu ul. Rodzinnej. Widok stanowiska z drona (autor: WESTEND 3D Studio).

 

Stobno- wybór zabytków (autor: M. Dziewanowski).

 

Wybór dotychczasowych znalezisk z Wału Stobniańskiego.

 

 

Wahlitz, Kr. Burg. Wybrane znaleziska z publikacji.

 

Mierzyn, przy ul. Zeusa. Największy obiekt z fazy Bischeim (ca. ‘Roessen III’) w Mierzynie w trakcie badań w 2010r. (Autor: Marcin Wierzbicki).

Wyznania młodego kopacza

– Ti ti ti titi titi- słyszę w uszach.

Z trudem otwieram oczy, spoglądając na sufit. Sądzą po tym, że w pokoju jeszcze panuje półmrok musi być jeszcze wcześnie, gdzieś piąta-szósta rana. Taaa, to by się zgadzało. W głowie rodzi mi się pomył, by jeszcze poświęcić piętnaście minut na sen. Ale potem dochodzi do mnie, co oznacza piętnastominutowe spóźnienie: zajętą łazienkę. Nie byłoby to problemem, gdyby nie to, że w pokoju obok śpią cztery dziewczyny, a łazienka jest tylko jedna.

Z trudem podnoszę się z karimaty, ściągając z siebie śpiwór. Pokój, w którym śpię jest dość przestrzenny, nie mniej, oprócz mnie, śpi w nim jeszcze sześciu facetów, co sprawia, że realnie jest on znacznie mniejszy. Do tego przesiąknięty męskim potem, ale do tego akurat idzie się przyzwyczaić. Rozglądając się dookoła siebie, szukam butelki wody by zabić pragnienie. Jak się okazuje, znajduję ją dopiero pod stołem, najwidoczniej w czasie snu, musiałem walnąć ją nieświadomie ręką. Kosztując mineralnego trunku, spoglądam na sam blat stołu. Oprócz laptopów, pierwsze co się rzuca w oczy to butelki po piwie, w licznie przynajmniej dwóch tuzinów. I tak grzecznie, pomyślałem. Ostatnio obchodziliśmy urodziny jednego z naszych kumpli. Piwo było jedynie popitką to mocniejszych alkoholi. Cóż, z pewnością była to „kolorowa” noc, ale poranek był co najmniej niesympatyczny. Dobrze, że miało to miejsce z soboty na niedzielę, przez co nie trzeba było nastawiać budzika. Nie mniej widok bandy żywych trupów, którzy z przyćmionymi oczami i bladymi licami zdołali wykaraskać z ust jedynie słowo „wody” był co najmniej pocieszny. Cytując Zagłobę: „zawsze mówiłem, że gorzałka ino tęgiej głowie służy”.

Po zabiciu pragnienia, zacząłem wyciągać z torby mały ręcznik i kosmetyczkę, by obmyć się przed pójściem do pracy. Do moich uszu zaczęły dochodzić kolejne odgłosy budzików, co mogło oznaczać tylko jedno: zaraz zerwie się banda, która po wczorajszych randkach z piwem będzie chciała skorzystać z łazienki. Przyspieszyłem kroku i otworzyłem drzwi od naszego pokoju, by wyjść na korytarz. Jęknąłem tylko, gdyż zauważyłem palące się już światło w łazience. Oznaczało to, że któraś z dziewczyn już zajęła łazienkę. Wziąłem głębokie westchnięcie i zdecydowałem się skierować swoje korki w stronę kuchni, by przynajmniej przygotować sobie coś do jedzenia.

Otworzyłem małą lodówkę, szukając kątem oka paczki salami, które mi jeszcze powinno zostać, a także ketchupu, masła oraz żółtego sera. Byłem wręcz zdziwiony, że nikt mi go jeszcze nie ruszył, w końcu to było takie normalne w tym miejscu, że podkradało się sobie jedzenie. Co do chleba, mogłem być bardziej spokojny, bo wiedziałem, że tylko ja go jem, a pozostała część „załogi” woli bułki. Zacząłem sobie robić drugie śniadanie, gdy usłyszałem, że łazienka się zwolniła. Wyszła z niej wciąż zaspana Ania, która widząc mnie, uśmiechnęła się lekko i powiedziała krótkie „Siema”. Odwzajemniłem się tymi samymi słowami i kontynuowałem przygotowywanie posiłku. W końcu, gdy moje śniadanie było gotowe i zapakowane, poszedłem do łazienki, by umyć zęby i twarz, a także skorzystać z bardziej „ludzkich” zapotrzebowań z korzystania z tego miejsca. W przeciwieństwie do naszych dam, moja „toaleta” trwała z dziesięć minut i byłem już gotowy do dalszego życia. Co prawda, ciało wołała prysznicu, bo noc była, jak to w lato, bardzo duszna, ale po co, skoro charakter pracy zakładał, że i tak w ciągu pierwszych trzydziestu minut spocę się jak pies. Trzeba z tym żyć. W międzyczasie, jak zdążyłem przewidzieć, z pokoju zaczęło wychodzić coraz więcej osób, które domagały się również wizyty w łazience. Ja, mają to za sobą, wróciłem do pokoju. Miałem jeszcze trzydzieści minut do wyjścia. Cóż, zamiast jak każdy normalny człowiek przygotować sobie główne śniadanie, ja wolałem sięgnąć po papierosa. Przekląłem jednak, gdyż w paczce było już pusto. Zapewne efekt wczorajszego wieczora i tzw. „złotego rozdania”. Ale jak to się mawia, nic w przyrodzie nie ginie i sięgnąłem do swojej torby, wyciągając opakowanie z tytoniem, bibułkami i filtrami. W ciągu pięciu minut zwinąłem pięć papierosów, jednakże na tę chwilę powinno wystarczyć. Najwyżej później zrobi się więcej. Łapiąc w gębę zawiniątko, wyszedłem z domku, w którym mieszkaliśmy.

Pierwsze co mi przyszło do głowy to było przeklęcie dnia. Na niebie nie było ani jednej chmury, co mogło oznaczać tylko, że słońce będzie waliło nam po łbach jak diabli. Nie ma nic gorszego niż słońce w naszej pracy. Ale co zrobić, pracować trzeba. Odpaliłem papierosa, pogrążając się w rozmyślaniu nad tym, jak ten dzień będzie do kitu, ale przynajmniej jest jeszcze co jeść i palić. Po wypaleniu, tradycyjnie starałem się strzepać maksymalnie tytoń. Ot, taki zrozumiały jedynie dla mnie zwyczaj. Wszedłem z powrotu do domku, który zaczął powoli ożywać. Zaczęły się dyskusje, błagania o udostępnienie łazienki. Na szczęście, ja już się nie musiałem o to martwić. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, jak to się mawia. Olałem pierwsze śniadanie, raczej nigdy go nie jadłem, bo dla mnie pora posiłku to zwykle godzina jedenasta, a więc do tego czasu nie będę głodny. Na pewno jednak musiałem się przebrać do pracy. Zacząłem się rozglądać po swoim pokoju w poszukiwaniu roboczych dżinsów i bawełnianej koszuli. Moi znajomi patrzyli na mnie jak na świra, że mimo takiej temperatury, ubierałem się jak na Syberię. I z nic nie dochodziły tłumaczenia, że wełna lepiej wchłania pot i nie czuje się gorąca, a długie spodnie pozwalają dłużej pracować na klęczkach. Każdy ma swój własny „dress code” jeśli chodzi o naszą pracę. Jedni wolą być ubrani jak na plażę, inni jak na wyprawę na biegun. Ale zawsze najważniejsze było nakrycie głowy: czy to chusta czy czapka. Chodziło o to, by nie dostać udaru od ciągłego przebywania na słońcu, a wierzcie mi, trudno tam gdzie pracujemy szukać cienia. W końcu to pole, co prawda rozkopane, ale jednak pole. W moim przypadku nakryciem głowy był brązowy kapelusz w typie fedora. Oczywiście, śmiano się ze mnie, mówiąc, że wyglądam, jak Indiana Jones, ale mi nie było do śmiechu z dwóch powodów: po pierwsze, kapelusz z szerszym rondem lepiej chroni przed słońcem, a po drugie, jako jedyny z nich wszystkich wyglądam jak teoretyczny wzór archeologa, którymi chcieliśmy się stać.

 

*

 

Jak się spodziewałem, słońce dawało w najlepsze, a była dopiero godzina 10 rano. Jednak nie to było najgorsze. To co mnie najbardziej drażniło to była zazdrość, połączona ze współczuciem. Koleżanka, która ze mną pracowała dostała jakiegoś bólu brzucha i musiała zostać w bazie noclegowej. Co prawda, nie ma nic przyjemnego w cierpieniu, ale przynajmniej nie jest podatna na promienie tej nieszczęsnej gwiazdy, wokół której krążą wszystkie planety z naszego układu. Pot lał się z mojej głowy z każdym ruchem łopaty i gdyby nie kapelusz, byłoby jeszcze gorzej. Co więcej, każdy zbędny ruch mógł spowodować, że cały kontekst wykopu pójdzie w cholerę. Co rusz musieliśmy podlewać profil, by tylko było dobrze widać warstwy, które kopiemy. I gdyby to było jedyne o co mielibyśmy się martwić, ale nie- musieliśmy jeszcze zważyć, czy w zabieranej ziemi nie było kawałków krzemieni oraz ceramiki.

Podczas wytaczania poszczególnych wykopów na stanowisku, zauważono, że miejscu, w którym obecnie kopiemy ziemia jest nieco ciemniejsza i ma owalny kształt. Takich odcieniów w niedalekiej odległości było jeszcze wiele, więc szybko uznano, że to musi być jakaś osada. Pierwsze warstwy faktycznie napawały kierowników badań dużym optymizmem. Na wykopie znaleziono m.in. pozostałość paleniska, w drugim domostwa, o czym miały świadczyć pozostałości naczyń i fragmenty krzemieni. O ile u innych sukces sypał się z ilością znalezionych artefaktów, to w moim obiekcie nie było już tak różowo. Ze świecą szukać jakiś znalezisk. Co więcej, nie mam najlepszego wzroku, mimo tego, że mam na nosie okulary, a drobne kawałki krzemieni mogą mi gdzieś uchodzić. O ile zwykle miałem pomoc w postaci osoby, która zajmował się „sitowaniem”, to obecnie umiera w bazie na bóle brzucha. Taaa, cały obiekt tylko mój, hura… Mam nadzieję, że za chwilę dotrę do tego cholernego calca, co tylko będzie oznaczało, że skończyłem pracę na tym obiekcie. Potem tylko zdjęcia, rysowanie profilu i sprawa zamknięta. Ale, jak to zwykle bywa z marzeniami, kończą się miernie.

*

Godzina 12:00, czas na dłuższą przerwę. Dłuższą, bo trwającą aż 20 minut zamiast standardowych pięciu. Dla mnie to też czas, że mogę dołączyć do pozostałej części ekipy. Zwykle podchodzę do tego jako coś normalnego, ale dzisiaj, po pięciu godzinach przebywania samemu, ciągnie mnie do ludzi. Przysiadłem się do swojej grupy, z którą wspólnie mieszkam. Oczywiście, już od początku pojawiło się pierwsze pytanie „czy masz fajka”. Oczywiście, miałem, ale odpowiedziałem, żeby sobie sami skręcili, bo mi się nie chciało. Natomiast ja sięgnąłem po swoją paczkę i wyciągnąłem samoróbkę i zapaliłem, wcześniej otrzepując  zapalniczkę z piasku. Zaciągnąłem się tytoniem, kładąc się ziemi, podkładając sobie pod głowę plecak. Zasłużony luksus wypoczynku w końcu nadszedł, pomyślałem, zaciągając się papierosem. Jednym uchem jednak zacząłem nasłuchiwać jakie rozmowy mają miejsce między pracownikami na wykopaliskach.

Ekipa, z którą mieszkam na co dzień oczywiście omawiała ploteczki wydziałowe, czyli który z profesorów i doktorów co robi, jakie ma się układy i układziki z nimi, a także kogo czeka egzamin poprawkowy u największych kos u nas na katedrze. Ja sam po dziś dzień nie zapomnę swojego egzaminu poprawkowego z metodologii. Pytania były co najmniej podchwytliwe i jeśli nie zdało się poprawki, jedyne co jeszcze mogło cię czekać to komis. A to mi się nie uśmiechało, zwłaszcza, że miałem już jeden za sobą i to w pierwszym semestrze pierwszego roku. Potem na szczęście już było tylko lepiej, co nie znaczy, że było perfekcyjnie. Nigdy nie jest. A co do egzaminu z metodologii, zdałem go, a co dalej było można opisać krótko, że nie pamiętam, jak się znalazłem z powrotem w domu.

Była też jeszcze druga część ekipy, która z nami pracowała. O ile ta, z którą mieszkałem to byli w większości studenci, których codziennie mijam na korytarzu, to ci drudzy to miejscowi autochtoni, którzy zostali zatrudnieni jako osoby kopiące. O ile większość kierowników wykopalisk wychodzi z założenia, że w wakacje należy kopać studentami, bo to nic nie kosztuje, poza zapewnieniem bazy noclegowej, to obecnie kopane stanowisko było tak duże, że bez pomocy osób z zewnątrz czas prac byłby za duży. Poza tym, uniwersytet wyegzekwował niezłe pieniądze na prowadzone tu badania, tak też kierownictwo stać było na wynajęcie pracowników. Była ich chyba z dwudziestka, w wieku od 17 do nawet 80 lat. W większości były to osoby w wieku emerytalnym, które sobie chciały dorobić, ale zdarzały się też i przypadki dość niezwykłe, jak na przykład nauczyciel historii z miejscowej szkoły, który chciał poszerzyć swoją wiedzę,…

 

 

 

– Paweł O.

Ryczyn 2015 – na kurhanie spopielałym

Czym jest archeologia dla studenta historii, śmiało i z wielkim zapałem podążającego meandrami dawnych dziejów? Archeologia to przede wszystkim wspaniała przygoda równoznaczna z zaspokajaniem głodu wiedzy, który towarzyszy wszystkim adeptom ars historica. Jest to nauka wciąż dostarczająca nowych źródeł, które w naszej profesji są przecież na wagę złota. Możliwość obcowania ze starożytnymi artefaktami wprowadza nas w euforyczny stan utrzymujący się przez długie godziny. Kiedy ciężko pracując na stanowisku w końcu natrafiamy na wartościowy zabytek, napawa nas duma i niesamowite poczucie, że to właśnie my jako pierwsi odkrywamy tajemnice sprzed wieków.

Nie możemy poszczycić się jeszcze dużym doświadczeniem archeologicznym, jednakże prace, przy których było nam dane do tej pory uczestniczyć tylko umocniły nas w przekonaniu, że archeologia to niezwykła nauka.

W lipcu 2015 r. odbyłyśmy praktyki na stanowisku Ryczyn koło Oławy (woj. opolskie). Pani Doktor często powtarzała nam, że archeologia to ciągłe odkrywanie nowych zagadek, coś na kształt prezentu. Szybko przekonałyśmy się, że miała rację. Parafrazując pewien znany wiersz można powiedzieć: w archeologii nic dwa razy się nie zdarza. W ciągu kilku tygodniu w Ryczynie odkryłyśmy m.in. dużą ilość średniowiecznej ceramiki. Zdawało się wręcz, że „ziemia garnki rodzi”. Fragmenty glinianych naczyń zmuszały nas do rozwijania wyobraźni, bowiem zrekonstruowanie ich w głowie było nie lada wyzwaniem. Pochówki ciałopalne, kości zwierząt celowo ułożone w przemyślany sposób wskazywały na odbywające się w tym miejscu obrzędy pogańskie. Napędzało nas to do działania i wzmagało apetyt na odkrycia. Dodatkowo walka z paskudnymi insektami, praca w różnych warunkach atmosferycznych, a także epizod filmowy i niespodziewane odwiedziny koleżanki z Turcji – wszystko to zamknęło się w niezapomnianą całość. Pomimo zdarzających się niedogodności chęć uzupełnienia historii o kolejne odkrycia motywowała nas do pracy.

Jak wyglądał  nasz dzień powszedni na wykopie pośrodku ryczyńskiego lasu?

Wstawaliśmy codziennie po 6 rano. Po śniadaniu złożonym zazwyczaj z chleba z paprykarzem, zupki chińskiej i kawy udawaliśmy się na wykop w głębi lasu, gdzie podwoził nas na przyczepie swojej ciężarówki przemiły pan Janusz. Zostaliśmy podzieleni na dwa wykopy które podświadomie rywalizowały ze sobą. Dziś, po dwóch latach trudno sobie przypomnieć, w którym znalezionych zostało więcej artefaktów. Możemy zakładać, że to nasz był tym przodującym, choćby dlatego, że z profilu wypadła rytualna pałka (różdżka) z sapropelitu. Sprecyzować od razu należy, że terenem naszych prac było grodzisko. Nie napotkaliśmy niestety pochówków szkieletowych dawnych mieszkańców. Sporo natomiast, było pochówków ciałopalnych odznaczających się specyficznym zapachem…

Po skończonym dniu pracy wracaliśmy do naszej bazy, czyli do szkoły, by tam posilić się przepysznym obiadem. Po krótkim odpoczynku nadchodziła ta najmniej przez wszystkich lubiana część naszych praktyk, prace gabinetowe… Mozolne mycie ceramiki, suszenie i przeliczanie, wtedy wydawało nam się mało interesującym zajęciem. Po pracach gabinetowych przychodził czas na wymarzony relaks. Pani Doktor zawsze powtarzała nam, że z wolnego czasu możemy korzystać tak, aby następnego dnia nie mieć problemu ze wstaniem do pracy…

Od tamtych kilku tygodni spędzonych w ryczyńskim lesie wiele się zmieniło, zmieniliśmy się przede wszystkim my, studenci. Po skończeniu studiów licencjackich każdy podąży własną drogą, jedni mniej, drudzy bardziej archeologiczną. Niezmienne pozostaną tylko wspomnienia tamtej ciężkiej, a jednocześnie tak beztroskiej i pasjonującej pracy oraz ryczyńskie grodzisko, które nadal skrywa wiele tajemnic.

W trakcie studiów prowadziłyśmy także badania ewidencyjne w magazynie archeologicznym. Przeglądając niezliczoną ilość kartonów wypełnionych ludzkimi kośćmi miałyśmy wiele czasu również na refleksję. Oto w rękach trzymałyśmy przecież namacalny dowód na kruchość i ulotność każdej egzystencji. I chociaż spoglądałyśmy śmierci prosto w oczy, nigdy nie traciłyśmy dobrego humoru. Mogłyśmy poczuć się niczym pierwsi XIX-wieczni archeolodzy. Okalająca nas niezwykła romantyczna atmosfera i otoczone nimbem tajemniczości średniowieczne kości potęgowały wyjątkowe poczucie sprawstwa.

Jako małe dziewczynki śpiewałyśmy tekst „Dumki na dwa serca” i zastanawiałyśmy się czym jest kurhan. Dzięki studiom i praktykom archeologicznym nie tylko dowiedziałyśmy się o co chodzi z tą konstrukcją, ale także mogłyśmy przekonać się jakie tajemnice skrywa. Musimy przyznać, że zostałyśmy na dobre zarażone archeologią. Ciągle pragniemy  kolejnych odkryć i niesamowitych przygód związanych z ową pracą. Z niecierpliwością czekamy na zbliżające się wykopaliska i wierzymy, że będą bardzo owocne w artefakty, które rzucą nowe światło na historię ziem polskich.

 

Karolina Biedka, Monika Sobczak


“It’s a Long Way to Tipperary”, cz. 2 – uzupełnienie do artykułu: ZDJĘCIA

Poniżej zamieszczone zostało uzupełnienie do tekstu popularno-naukowego “It’s a Long Way to Tipperary w postaci materiału ilustracyjnego, a przygotowanego w związku z międzynarodowym Dniem Archeologii. Z pracą można zapoznać się tu: http://www.dayofarchaeology.com/its-a-long-way-to-tipperary/

 

RYC. 02. RZUT WYMIAROWY ODSŁONIĘTYCH ELEMENTÓW BUDOWLI KOMORY GROBOWEJ KURHANU W SZCZEPANKOWICACH:

RYC. 03. RZUT WYMIAROWY BUDOWLI KOMORY GROBOWEJ KURHANU W SZCZEPANKOWICACH O KONSTRUKCJI CZTERO – SŁUPOWEJ, BEZ SŁUPA CENTRALNEGO:

 

RYC. 04. MODEL BUDOWLI KOMORY GROBOWEJ KURHANU W SZCZEPANKOWICACH O KONSTRUKCJI CZTERO – SŁUPOWEJ BEZ SŁUPA CENTRALNEGO:

 

RYC. 05. MODEL KURHANU W SZCZEPANKOWICACH O KONSTRUKCJI WRAZ Z UKAZANIEM DWU PŁASZCZY ZIEMNYCH, A TAKŻE ZASTOSOWANIU KOMORY GROBOWEJ WG WERSJI WANDY SARNOWSKIEJ (TJ. BUDOWLI TRÓJ-SŁUPOWEJ):

 

 

URBEX

Hej, chciałbym napisać wam kilka słów o mojej pasji, o URBEXIE.

Czym jest? URBEX jest skrótem od Urban Exploration czyli po polsku, miejskiej eksploracji.

Opiera się na odkrywaniu miejsc stworzonych przez człowieka, które są opuszczone bądź trudno dostępne. Przekrój takich miejsc jest olbrzymi, od opuszczonych po PRLowskich budynków przez zapomniane pałacyki i nienadające się do dalszego użytkowania drapacze chmur, po katakumby oraz zrujnowane kościoły. Motywów parania się miejską eksploracją jest tyle ile osób, które to robią. W moim przypadku jest to po prostu chęć ponownego odkrywania i poznawania historii miejsc, które czas powoli obraca w pył, a o których nikt nie będzie pamiętał.

 

Jeśli wizja wyruszenia w takie miejsca jest dla was interesująca musicie zdać sobie sprawę z zagrożeń, które się z tym wiążą i, których nie należy lekceważyć. Udając się w opuszczone lub wyłączone z użytku miejsce trzeba pamiętać o tym żeby nigdy nie iść samemu, brak jakichkolwiek zabezpieczeń na klatkach schodowych, zrujnowane stropy i dziury w podłogach przez chwilę nieuwagi mogą zafundować ciężki uraz lub nawet utratę życia. Dlatego warto mieć przy sobie zawsze kogoś, kto będzie w stanie udzielić nam ewentualnej pomocy. Niesamowicie przydatna jest również mocna latarka, telefon komórkowy o dużym zasięgu oraz nóż, który jest uniwersalnym narzędziem. Oprócz zagrożeń związanych ze stanem technicznym, kłopotów można spodziewać się od osób trzecich, które napotkamy oraz często służb mundurowych lub oficerów ochrony strzegących niektórych miejsc. Dlatego mimo, że czasami może wydawać się, że jesteśmy sami lepiej zachowywać jest się dyskretnie i cicho.

Powyżej postarałem się wam zarysować jedynie obraz tego czym URBEX, jeśli taki sposób spędzania wolnego czasu was zaintryguje polecam poszperać po sieci, znajduje się w niej mnóstwo obszernych artykułów o tej tematyce oraz fora na których możecie spotkać podobnych mi zapaleńców oraz znaleźć informacje o ciekawych lokalizacjach. Czołem!

 

 

  • FILIP

„IT’S A LONG WAY TO TIPPERARY”

Powyższy tytuł stanowi nie bezpodstawne jego zapożyczenie od irlandzkiej pieśni powstałej w 1912 roku. Choć co prawda powstała ona przed wybuchem I wojny światowej to z czasem upowszechniła się ona wśród żołnierzy, lecz przede wszystkim sam zwrot „it’s a long way to Tipperary” zaczął także oznaczać nie tylko długą drogę do domu, do ukochanej, ale przede wszystkim do pozytywnego efektu wyznaczonego celu. Archeologia wymaga bowiem sukcesywnej i mozolnej długiej pracy u podstaw, a która doprowadza w efekcie końcowym do sukcesu przekładającego się także na osobistą satysfakcję – stąd i tytuł.

Realizowany przez ze mnie aktualnie projekt dotyczy obrządku pogrzebowego społeczności kultury unietyckiej (dalej: KU) z obszaru Śląska, Wielkopolski oraz Ziemi Lubuskiej. Pod względem chronologicznym tematyka ta związana jest z wczesnym okresem epoki brązu (dalej: WEB), tj. z latami ok. 2300-1600 p.n.e.

W pierwszym etapie prowadzonych prac prowadziłem kwerendy w archiwach, bibliotekach jak też muzeach pozyskując w ich efekcie zbiór liczący 167 stanowisk sepulkralnych, a także 106 osad związanych bezpośrednio z KU lub datowanych na WEB, a ponadto 216 punktów osadniczych, 25 znalezisk luźnych a także 20 depozytów. Co warte uwagi wśród ww. liczby cmentarzysk wystąpiło łącznie 132 kurhany datowane na WEB oraz 18 kurhanów KU, a ponadto także 457 grobów płaskich, z czego 27  to pochówki zbiorowe i 51 to domniemane groby. Wspomniane powyżej rodzaje stanowisk tworzą regionalne  skupiska (patrz: ryc. 1) zróżnicowane pod względem wielkości i odległości pomiędzy poszczególnymi ich rodzajami, a występujące w rejonie Kietrza i Kędzierzyna Koźla, Dolnego Śląska, w okolicach Nowej Soli-Głogowa-Żmigrodu, Wielkopolski a także na obszarze wschodnio-odrzańskim.

W swej pracy choć skupiam się w głównej mierze na stanowiskach sepulkralnych, to także wykorzystuję stanowiska innego rodzaju (np. osady, punkty osadnicze itp.) dla określenia charakteru osadnictwa w danym rejonie i współzależności między tymi stanowiskami a cmentarzyskami. Sama statystyka choć nie jest „romantyczną” dziedziną wiedzy to już na pewną należy do jednej z bardziej wymagających i jest jednym z podstawowych etapów badań, które następują po kwerendach i umożliwiając tym samym przystąpienie do dalszych konkretnych analiz. Dzięki tworzonym analizom statystycznym a także mapom rozkładu sieci stanowisk sepulkralnych i innego rodzaju stanowisk na badanym przez ze mnie obszarze (m.in. przy zastosowaniu programu  GoogleEarth) zaistniała szansa na pełniejsze zrozumienie rozkładu ww. problemu współzależności lokacji stanowisk z WEB.

Naturalnie choć główne analizy nastąpią w kolejnej fazie projektu, to jednak sama statystyka nie pozostaje jedynym zagadnieniem jakim się zajmuję. Jednym z ciekawszych problemów, którymi się zająłem jest kwestia kremacji dla WEB, a w tym właśnie interesującego mnie tu ugrupowania. Przygotowując w tym zakresie artykuł udało mi się pozyskać materiał obejmujący łącznie 53 stanowiska z terenu Europy Środkowej, tj. z dorzecza Odry i Warty (12 stanowisk), Niemiec wschodnich i południowo-wschodnich (8 stanowisk), Austrii (12 stanowisk), Czech (8 stanowisk), Słowacji (8 stanowisk), Węgier (4 stanowiska) a także zachodniej Serbii (1 stanowisko). Co ciekawe choć większość z nich reprezentuje tzw. groby płaskie to wystąpiło kilka przypadków kremacji w grobach pod-kurhanowych  (np. Gola Górowska, gr. I oraz III w Polsce, Gross Gastrosse w Niemczech, Tešinov w Czechach). Co więcej wspólnym elementem funkcjonującym w obrządku grzebalnym społeczności WEB jest występowanie pochówków wziemnych ze skremowanymi szczątkami umieszczanymi bezpośrednio w jamach bądź popielnicach. Ponadto jedynie dla dwu regionów (tj. Śląska oraz obszaru Węgier i Serbii) występują pochówki ciałopalne datowane na początki WEB, podczas gdy w pozostałych przypadkach są już wiązane z BrA2 bądź z całym przedziałem BrA, a w mniejszej liczbie także z przełomem BrA2/BrB1.

 

Ciekawszą kwestią jaką się zajmuję w badaniach nad obrządkiem grzebalnym kultury unietyckiej są stosowane konstrukcje grobów. Jednym z najlepszych przykładów jest tu kurhan w Szczepankowicach, dla którego został napisany osobny artykuł. Kwestia analizy konstrukcji kurhanu wymagała konsultacji specjalistycznych, a które zostały wykonane we współpracy z dr Wiesławem Słowikiem z Katedry Architektury Politechniki Warszawskiej. Problem z wspomnianym kurhanem był wielowątkowy. Po pierwsze badania wykopaliskowe kurhanu były prowadzone w latach sześćdziesiątych, a zrekonstruowany wówczas obiekt został współcześnie całkowicie zniszczony. W efekcie pozostały jedynie dane źródłowe i archiwalne dotyczące obiektu. Jednak jak można z pewnością ustalić kurhan powstał w  zasadniczo w dwu fazach swego funkcjonowania, tzn. najpierw zbudowano obiekt składający się z drewnianej komory, nasypu kamiennego i płaszcza ziemnego a w kolejnej fazie w starszy płaszcz wkopano dwa pochówki i usypano większy płaszcz ziemny. Głównym problemem pozostawała konstrukcja komory głównej. W niemal wszystkich interpretacjach badacze powtarzali za Wanda Sarnowską, badająca kurhan, iż konstrukcja komory grobowej tworzona była przez trzy słupy boczne (patrz: ryc. 2)  i ewentualnie jeden centralny oraz ściany boczne utworzone poprzez cienkie gałęzie. Niestety to rozwiązanie uznałem za mało prawdopodobne, co zostało potwierdzone przez dr Wiesława Słowika i dalej prowadzone analizy (więcej w moim artykule pt. Analiza konstrukcyjna kurhanu w Szczepankowicach). Dla prowadzonych analiz zbudowanych zostało pięć modeli komór grobowych kurhanu uwzględniających wersję Wandy Sarnowskiej, tj. trój-słupową, aż po wersję cztero-słupową komory grobowej z płaskim zadaszeniem bez słupa centralnego (patrz: ryc. 3 i 4), dodatkowo także zbudowano model kurhanu składający się z poszczególnych warstw płaszczy ziemnych (patrz: ryc. 5 i 6). Całość przeniesiono do środowiska 3D (przy zastosowaniu programu  m.in. Gimp2, Photoshop) całość zestawiano i porównywano. W efekcie prowadzonych analiz okazało się możliwym zanegowanie obowiązującej dotychczas hipotezy dotyczącej formy konstrukcyjnej komory grobowej analizowanego kurhanu. Co więcej ustalono możliwy surowiec i sposób wykonania tejże komory, co dodatkowo potwierdziły obliczenia matematyczne ale i elementy pośrednie jak choćby konstrukcja nasypu kamiennego tego obiektu.

Sama konstrukcja grobów stanowi jedynie o określonych umiejętnościach i wiedzy, czy innym są jednak według mnie stosowane układy zwłok. Ten elementem obrządku pogrzebowego przekazuje informacje tak pragmatyczne jak sposób ułożenia zwłok względem stron świata, położenia ich na konkretnym boku, stopnia ich skurczenia ale też określonego położenia kończyn. Osobno – są  to surowe dane, aczkolwiek w połączeniu umożliwiają korelację nie tylko z innymi ugrupowaniami poprzez potencjalne kontakty m.in. w sferze paneuropejskich wierzeń w danym regionie ale jednostkowo ukazują także „coś” o czym archeolodzy czasem zapominają badając groby: szkielety to nie „zabytki”, a ludzie, którzy zmarli przed nami: Kochali, nienawidzili, tworzyli, burzyli, wędrowali, budowali, zakładali rodziny – byli naszymi przodkami i w jakim sensie pozostali w nas poprzez DNA. I choćby przez to należy się im szacunek, a nie traktowanie jak przedmiot poprzez odkładanie na półkę w worku do magazynu. Zabrzmiało to mało naukowo, ale sądzę, iż czasem warto zastanowić się nad ludźmi z przeszłości i poprzez to także nad nami – archeologia jest nauką o przeszłości, która uczyć winna nie tylko wiedzy o przeszłości ale także lepszej przyszłości. Prowadząc analizy układów zwłok korzystam z metod statystycznych, ale także wykonuję rekonstrukcję wybranych pochówków. Choć w swych analizach mam dostęp do źródeł obrazujących sposób w jaki złożone zostały do jamy grobów szczątki zmarłego, to jednak dopiero rekonstrukcja 3D (rekonstrukcje układów zwłok dokonywane są przy użyciu oprogramowania m.in. Archeos, MakeHuman, Blender) umożliwia pełniejszy jej rozbiór dający potwierdzenie lub negację określonych założeń (np. ułożenie czaszki powyżej kości szkieletu mogące świadczyć, iż znajdowała się na niewielkim podwyższeniu – rodzaj podparcia). Z ciekawymi przykładami pochówków, jakie chciałbym tu przytoczyć, są groby z Nowej Cerekwi, Marszowic a także Tomic. Pierwszy z nich (patrz: ryc. 07) został odkryty co warte uwagi na osadzie (nie na cmentarzysku) grupy nowo – cerkwiańskiej i wystąpił w układzie nie anatomicznym, tzn. czaszka szkieletu została odwrócona o 180°  i znajdowała się w nieznacznym oddaleniu od szkieletu.

Wykonana przez ze mnie rekonstrukcja przedstawia zarówno stan faktyczny odnalezionych szczątków (dół ryciny) oraz prawdopodobny układ zwłok w wypadku gdy nie dokonano by dekapitacji (górna część ryciny). Drugi ww. pochówek (patrz: ryc. 08), tj. grób nr 11 z Marszowic, jest grobem zbiorowym gdzie złożono szczątki trojga osób – jednej dorosłej i dwojga dzieci. Warte jest jednak uwagi, że dzieci zostały złożone  pomiędzy szeroko rozsuniętymi ramionami dorosłego oraz  skierowane w jego stronę. W ostatnim ze wspominanych pochówków (patrz: ryc. 09), tj. grobie nr 29 z Tomic, do jamy złożono szczątki kobiety (w wieku ok. 22-25 lat) i kilkutygodniowego dziecka o nieokreślonej płci. Szczątki kobiety zachowały się w stanie dobrym, zaś szkielet dziecka w stanie fragmentarycznym. Kobietę ułożono na boku prawym w pozycji skurczonej, zaś szkielet dziecka znajdował się na wysokości żuchwy i klatki piersiowej, a tym samym dziecko znajdowało się pomiędzy ramionami kobiety. Refleksję – bez analiz naukowych – na temat tylko tych trzech pochowków pozostawiam czytającym.

Na zakończenie pragnę zauważyć, iż prowadzone przez mnie badania to nie tylko kwerendy, statystyki czy analizy naukowe ale także próba dostrzeżenia człowieka w badanym „materiale”. Brzmi to irracjonalnie jednak według mojej opinii poprzez analizę obrządku pogrzebowego dawnych społeczności możliwe będzie nie tylko powiększenie wiedzy w zakresie przeszłych społeczności ale w pewnym sensie rozwoju nas samych. Nie należy bowiem zapominać, ze niektóre rozwiązania czy zwyczaje dość długo trwały w świadomości społeczności mimo oczywistych zmian kulturowych.

Więcej w zakresie wiedzy naukowej i popularnonaukowej można znaleźć na poniższych stronach, gdzie staram się regularnie zamieszczać swoje wyniki badań:

https://iaepan.academia.edu/WojciechZgurecki

https://sites.google.com/site/wojciechzgurecki/

—mgr Wojciech P. Zgurecki

Miejska exploracja

 

Urbex

 

Urbex, czyli urban exploration, czyli, dosłownie tłumacząc eksploracja, odkrywanie miejskich obszarów, w tym przypadku koniecznie opuszczonych. Urbex staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Jest jednak wiele różnych wartości, które z tego typu rozrywki mogą płynąć. Dla jednych opuszczone miejsca to plener, który daje możliwość kreatywnego wyrażenia siebie. Nie chodzi tu o zwyczajny wandalizm, ale uwiecznianie widzianych obrazów w postaci zdjęć, a niekiedy i bardziej tradycjonalnych obrazów. Opuszczone miejsca są też często wykorzystywane jako swojego rodzaju sceneria dla profesjonalnych sesji zdjęciowych.

Miejsca opuszczone bywają odwiedzane przez osoby, które próbują się tam ukryć przed wścibskimi spojrzeniami. Są miejscem libacji alkoholowych i innych lubieżnych ludzkich uciech. Stają się przy tym niejednokrotnie ponownie miejscem zamieszkania , dla osób, które mieszkać nie mają gdzie.

 

Wreszcie opuszczone miejsca odwiedzają eksploratorzy, którzy szukają wrażeń, nowych widoków. Chcą być tam, gdzie inni już nie przebywają, w miejscach tajemniczych i odrobinę niebezpiecznych.

Każdy, kto odwiedza opuszczone budynki, konstrukcje, czy też całe założenia urbanistyczne ma swój cel. Ja, przebywając w takim miejscu czuję się trochę odkrywcą, robię zdjęcia. Może nie są one idealne, ale pozwalają nie zapomnieć o tych, niejednokrotnie niezwykłych obrazach stworzonych przez czas. Czyli wpisuję się w generalny rys miejskiego eksploratora. Z drugiej strony, jako archeolog, obserwując elementy, które nie pasują do pierwotnych założeń danych budynków, ukazujących ich historię od momentu, kiedy zmieniły się w ruiny, widzę ludzi, procesy, które złożyły się wspólnie z czasem na kreację tego unikalnego obrazu, który można obserwować tylko raz.

Urbex to dla mnie pewnego rodzaju archeologia współczesności. Czas jaki obserwujemy to przestrzeń przeważnie kilku dziesięcioleci, a tak może i kilku lat, uznając, że jej początek to dopiero moment, gdy dane miejsce zostało po raz pierwszy opuszczone. Urbex daje zatem możliwość obserwacji szczątków ludzkich zachowań, które miały pozostać w ukryciu, alternatywnego, nieplanowego drugiego życia budynku. Miejsca, które otrzymało nowe znaczenie.

Subiektywnie zatem hołduję zasadzie urbex’u, by „zabierać ze sobą jedynie zdjęcia a pozostawiać tylko ślady stóp”, jednak z punktu widzenia obserwatora-archeologa, we wszelkich pozostawionych śladach widzę odrębną historię miejsc opuszczonych. A zdjęcia, które zabieram są wspaniałym obrazem, który uwiecznia ten jeden, niepowtarzalny moment, w którym historia się na chwilę zatrzymała tylko dla mnie.


Archeologia w centrum miasta

Projekt Kolegiata trwa już od roku. Badania obejmują coraz większe przestrzenie dawnej kolegiaty pw. św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Odkryliśmy w tym czasie wewnętrzne mury kościoła, a także trudne do policzenia ilości zabytków, bowiem tylko tych wydzielonych (czyli unikalnych) mamy w rejestrach około 4500. Nie brakowało w tym czasie imprez organizowanych po to, aby każdy mógł docenić, jak ważne to wykopaliska w skali miasta. Od początku bowiem uznaliśmy, że będziemy prowadzić badania inaczej niż zwykle, na bieżąco pokazując swoje odkrycia publiczności. Temu celowi ma służyć profil społecznościowy oraz strona zawierająca trójwymiarowe rekonstrukcje wykopów oraz zabytków. Ale to nie wszystko, bo w trakcie trwania projektu już 12 razy prezentowaliśmy nasze odkrycia mieszkańcom Poznania. Robiliśmy to w różnej formie i co najważniejsze, to zawsze działa. Niezależnie czy są to imprezy dla szkól, warsztaty organizowane wspólnie z Urzędem Miasta czy też imprezy w trakcie Europejskich Dni Dziedzictwa publiczność dopisywała. Często zdumiewała nas fachowa wiedza naszych sympatyków, celne pytania oraz wątpliwości co do roli i funkcji jaką pełniły zabytki wydobyte z ziemi. Nie zawsze bowiem da się powiedzieć wszystko o świeżo wydobytym z ziemi przedmiocie, często jeszcze przed konserwacją.

Kolejnym naszym „wyjściem” do publiczności była wystawa podczas festynu „Warkocz Magdaleny”. Impreza ta jest organizowana co roku w obecnym kościele farnym. Od dwóch lat swoje miejsce mamy na niej my, archeolodzy, także dlatego, że odsłaniamy dawne dzieje pierwszej miejskiej fary, o czym doskonale pamięta proboszcz parafii ksiądz Mateusz Misiak. Wystawa, jak wszystkie wcześniejsze, sprawiła nam mnóstwo satysfakcji, już w momencie wybierania zabytków a także ich komponowania w całość – tematycznie związaną z festynem. Ważne miejsce musiał na niej znaleźć warkocz, wydobyty przez nas z ziemi w dawnym kościele, który w hermetycznym pojemniku zajął na niej centralne miejsce. Wraz z nim pokazaliśmy wszystko to co w dawnej kolegiacie można odnaleźć: dewocjonalia – głównie w postaci medalików, przywożonych już od XVII wieku do Poznania z odległych miejsc takich jak Włochy czy Hiszpania, monety czy przedmioty codziennego użytku. Wśród tych ostatnich najciekawsze było wyposażenie miejskiej łaźni powstałej na miejscu kościoła w 1895 roku. Z jej wnętrza pochodziły m.in. gliniane „mydełka” prawdopodobnie służące nacieraniu się wonnościami (ich funkcję jeszcze określamy – co daje spojrzenie jak skomplikowana jest praca archeologa).

Publiczność jak zawsze nie zawiodła. Gościliśmy osoby znane nam już z wcześniejszych wystaw, sympatyków z mediów społecznościowych, którzy chcieli zobaczyć zabytki „na żywo” oraz mieszkańców Poznania i turystów. Zainteresowanie tym, co kryje się pod ziemią było ogromne, bo często toczyliśmy długie dyskusje przy gablotach. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że warto. Warto dla siebie i innych wyciągnąć nasze zabytki z woreczków. Nie czekać trzy lata na naukowe opracowanie i publikację, która często jest interesująca tylko dla fachowców. Nasza obecność w mieście jest widoczna, a dzięki wystawie (i innym wcześniejszym) zorganizowanej jeszcze w czasie badań mogliśmy się przekonać, że także potrzebna. Poznaniacy chcą wiedzieć co działo się w tym miejscu dawno temu. Cieszą się, że w mieście stał najwyższy kościół w Polsce, a co najważniejsze ze zrozumieniem przyjmują obecność archeologów w miejscu gdzie wcześniej wygodnie parkowali samochody. Nikt nie narzeka na długo prowadzone prace naukowa, a to najważniejszy argument w dyskusji czy zabytki powinny być tylko dla nas, czy powinny jak najszybciej opowiedzieć swą historie publiczności.

 

Zespół Projekt Kolegiata Poznań

Fot. 1. Zabytki. Z tych worków wybierzemy.

 

Fot. 2. Wybór zabytków.

 

Fot. 3. Dawny warkocz.

 

Fot. 4. Układanie zabytków w gablocie.

 

Fot. 5. Ustawianie makiety.

 

Fot. 6. Układanie monet.

 

Fot. 7. Dewocjonalia już w gablocie.

 

Fot. 8. Ostatnie wskazówki.

 

Fot. 9. Tablica z fotografiami.

 

Fot. 10. Roll-up juz w gotowości.

 

Fot. 11. Pierwsi zwiedzający.

 

Fot. 12. Festyn juz trwa.

 

Fot. 13. Zwiedzanie.

 

Fot. 14. Zwiedzanie.

 

Fot. 15. Zwiedzanie i słuchanie fachowca.

 

Fot. 16. Zwiedzanie.

 

 

LEŚNY PUNKT EDUKACJI ARCHEOLOGICZNEJ

Niecałe dwa tygodnie temu otwarty został Leśny Punkt Edukacji Archeologicznej. Zlokalizowany jest on na terenie Nadleśnictwa Bobolice, w leśnictwie Łanki, w odległości około 100 metrów od granicy rezerwatu „Buczyna”, przy drodze asfaltowej łączącej drogę Bobolice – Drzewiany z Rajską Plażą koło miejscowości Porost.

Punkt archeologiczny jest wspólnym przedsięwzięciem Instytutu Archeologii UAM w Poznaniu (w ramach projektu NEARCH – http://www.nearch.eu/), Nadleśnictwa Bobolice, Urzędu Miejskiego w Bobolicach i Towarzystwa Ekologiczno-Kulturalnego w Bobolicach.

Z tablicy edukacyjnej umieszczonej w punkcie archeologicznym uzyskamy ogólne informacje o zabytkach prahistorycznych, ich pochodzeniu i znaczeniu oraz o budowie geologicznej terenu. Lokalizacja punkty też nie jest przypadkowa – droga, przy której jest umiejscowiony,  jest fragmentem pomorskiego szlaku turystycznego Greenway – Naszyjnik Północy. Z drogi często korzystają liczni turyści, sportowcy, spacerowicze i amatorzy wycieczek rowerowych.

Bardzo cieszy i napawa nas optymizmem wzajemna współpraca w odkrywaniu i udostępnianiu dziedzictwa archeologicznego ziemi bobolickiej społeczności lokalnej i turystom, odwiedzającym te tereny.

Poniżej kilka zdjęć z otwarcia punktu. I zachęcamy do jego odwiedzenia!

Michał Pawleta