Ryczyn 2015 – na kurhanie spopielałym

Czym jest archeologia dla studenta historii, śmiało i z wielkim zapałem podążającego meandrami dawnych dziejów? Archeologia to przede wszystkim wspaniała przygoda równoznaczna z zaspokajaniem głodu wiedzy, który towarzyszy wszystkim adeptom ars historica. Jest to nauka wciąż dostarczająca nowych źródeł, które w naszej profesji są przecież na wagę złota. Możliwość obcowania ze starożytnymi artefaktami wprowadza nas w euforyczny stan utrzymujący się przez długie godziny. Kiedy ciężko pracując na stanowisku w końcu natrafiamy na wartościowy zabytek, napawa nas duma i niesamowite poczucie, że to właśnie my jako pierwsi odkrywamy tajemnice sprzed wieków.

Nie możemy poszczycić się jeszcze dużym doświadczeniem archeologicznym, jednakże prace, przy których było nam dane do tej pory uczestniczyć tylko umocniły nas w przekonaniu, że archeologia to niezwykła nauka.

W lipcu 2015 r. odbyłyśmy praktyki na stanowisku Ryczyn koło Oławy (woj. opolskie). Pani Doktor często powtarzała nam, że archeologia to ciągłe odkrywanie nowych zagadek, coś na kształt prezentu. Szybko przekonałyśmy się, że miała rację. Parafrazując pewien znany wiersz można powiedzieć: w archeologii nic dwa razy się nie zdarza. W ciągu kilku tygodniu w Ryczynie odkryłyśmy m.in. dużą ilość średniowiecznej ceramiki. Zdawało się wręcz, że „ziemia garnki rodzi”. Fragmenty glinianych naczyń zmuszały nas do rozwijania wyobraźni, bowiem zrekonstruowanie ich w głowie było nie lada wyzwaniem. Pochówki ciałopalne, kości zwierząt celowo ułożone w przemyślany sposób wskazywały na odbywające się w tym miejscu obrzędy pogańskie. Napędzało nas to do działania i wzmagało apetyt na odkrycia. Dodatkowo walka z paskudnymi insektami, praca w różnych warunkach atmosferycznych, a także epizod filmowy i niespodziewane odwiedziny koleżanki z Turcji – wszystko to zamknęło się w niezapomnianą całość. Pomimo zdarzających się niedogodności chęć uzupełnienia historii o kolejne odkrycia motywowała nas do pracy.

Jak wyglądał  nasz dzień powszedni na wykopie pośrodku ryczyńskiego lasu?

Wstawaliśmy codziennie po 6 rano. Po śniadaniu złożonym zazwyczaj z chleba z paprykarzem, zupki chińskiej i kawy udawaliśmy się na wykop w głębi lasu, gdzie podwoził nas na przyczepie swojej ciężarówki przemiły pan Janusz. Zostaliśmy podzieleni na dwa wykopy które podświadomie rywalizowały ze sobą. Dziś, po dwóch latach trudno sobie przypomnieć, w którym znalezionych zostało więcej artefaktów. Możemy zakładać, że to nasz był tym przodującym, choćby dlatego, że z profilu wypadła rytualna pałka (różdżka) z sapropelitu. Sprecyzować od razu należy, że terenem naszych prac było grodzisko. Nie napotkaliśmy niestety pochówków szkieletowych dawnych mieszkańców. Sporo natomiast, było pochówków ciałopalnych odznaczających się specyficznym zapachem…

Po skończonym dniu pracy wracaliśmy do naszej bazy, czyli do szkoły, by tam posilić się przepysznym obiadem. Po krótkim odpoczynku nadchodziła ta najmniej przez wszystkich lubiana część naszych praktyk, prace gabinetowe… Mozolne mycie ceramiki, suszenie i przeliczanie, wtedy wydawało nam się mało interesującym zajęciem. Po pracach gabinetowych przychodził czas na wymarzony relaks. Pani Doktor zawsze powtarzała nam, że z wolnego czasu możemy korzystać tak, aby następnego dnia nie mieć problemu ze wstaniem do pracy…

Od tamtych kilku tygodni spędzonych w ryczyńskim lesie wiele się zmieniło, zmieniliśmy się przede wszystkim my, studenci. Po skończeniu studiów licencjackich każdy podąży własną drogą, jedni mniej, drudzy bardziej archeologiczną. Niezmienne pozostaną tylko wspomnienia tamtej ciężkiej, a jednocześnie tak beztroskiej i pasjonującej pracy oraz ryczyńskie grodzisko, które nadal skrywa wiele tajemnic.

W trakcie studiów prowadziłyśmy także badania ewidencyjne w magazynie archeologicznym. Przeglądając niezliczoną ilość kartonów wypełnionych ludzkimi kośćmi miałyśmy wiele czasu również na refleksję. Oto w rękach trzymałyśmy przecież namacalny dowód na kruchość i ulotność każdej egzystencji. I chociaż spoglądałyśmy śmierci prosto w oczy, nigdy nie traciłyśmy dobrego humoru. Mogłyśmy poczuć się niczym pierwsi XIX-wieczni archeolodzy. Okalająca nas niezwykła romantyczna atmosfera i otoczone nimbem tajemniczości średniowieczne kości potęgowały wyjątkowe poczucie sprawstwa.

Jako małe dziewczynki śpiewałyśmy tekst „Dumki na dwa serca” i zastanawiałyśmy się czym jest kurhan. Dzięki studiom i praktykom archeologicznym nie tylko dowiedziałyśmy się o co chodzi z tą konstrukcją, ale także mogłyśmy przekonać się jakie tajemnice skrywa. Musimy przyznać, że zostałyśmy na dobre zarażone archeologią. Ciągle pragniemy  kolejnych odkryć i niesamowitych przygód związanych z ową pracą. Z niecierpliwością czekamy na zbliżające się wykopaliska i wierzymy, że będą bardzo owocne w artefakty, które rzucą nowe światło na historię ziem polskich.

 

Karolina Biedka, Monika Sobczak