Wyznania młodego kopacza

– Ti ti ti titi titi- słyszę w uszach.

Z trudem otwieram oczy, spoglądając na sufit. Sądzą po tym, że w pokoju jeszcze panuje półmrok musi być jeszcze wcześnie, gdzieś piąta-szósta rana. Taaa, to by się zgadzało. W głowie rodzi mi się pomył, by jeszcze poświęcić piętnaście minut na sen. Ale potem dochodzi do mnie, co oznacza piętnastominutowe spóźnienie: zajętą łazienkę. Nie byłoby to problemem, gdyby nie to, że w pokoju obok śpią cztery dziewczyny, a łazienka jest tylko jedna.

Z trudem podnoszę się z karimaty, ściągając z siebie śpiwór. Pokój, w którym śpię jest dość przestrzenny, nie mniej, oprócz mnie, śpi w nim jeszcze sześciu facetów, co sprawia, że realnie jest on znacznie mniejszy. Do tego przesiąknięty męskim potem, ale do tego akurat idzie się przyzwyczaić. Rozglądając się dookoła siebie, szukam butelki wody by zabić pragnienie. Jak się okazuje, znajduję ją dopiero pod stołem, najwidoczniej w czasie snu, musiałem walnąć ją nieświadomie ręką. Kosztując mineralnego trunku, spoglądam na sam blat stołu. Oprócz laptopów, pierwsze co się rzuca w oczy to butelki po piwie, w licznie przynajmniej dwóch tuzinów. I tak grzecznie, pomyślałem. Ostatnio obchodziliśmy urodziny jednego z naszych kumpli. Piwo było jedynie popitką to mocniejszych alkoholi. Cóż, z pewnością była to „kolorowa” noc, ale poranek był co najmniej niesympatyczny. Dobrze, że miało to miejsce z soboty na niedzielę, przez co nie trzeba było nastawiać budzika. Nie mniej widok bandy żywych trupów, którzy z przyćmionymi oczami i bladymi licami zdołali wykaraskać z ust jedynie słowo „wody” był co najmniej pocieszny. Cytując Zagłobę: „zawsze mówiłem, że gorzałka ino tęgiej głowie służy”.

Po zabiciu pragnienia, zacząłem wyciągać z torby mały ręcznik i kosmetyczkę, by obmyć się przed pójściem do pracy. Do moich uszu zaczęły dochodzić kolejne odgłosy budzików, co mogło oznaczać tylko jedno: zaraz zerwie się banda, która po wczorajszych randkach z piwem będzie chciała skorzystać z łazienki. Przyspieszyłem kroku i otworzyłem drzwi od naszego pokoju, by wyjść na korytarz. Jęknąłem tylko, gdyż zauważyłem palące się już światło w łazience. Oznaczało to, że któraś z dziewczyn już zajęła łazienkę. Wziąłem głębokie westchnięcie i zdecydowałem się skierować swoje korki w stronę kuchni, by przynajmniej przygotować sobie coś do jedzenia.

Otworzyłem małą lodówkę, szukając kątem oka paczki salami, które mi jeszcze powinno zostać, a także ketchupu, masła oraz żółtego sera. Byłem wręcz zdziwiony, że nikt mi go jeszcze nie ruszył, w końcu to było takie normalne w tym miejscu, że podkradało się sobie jedzenie. Co do chleba, mogłem być bardziej spokojny, bo wiedziałem, że tylko ja go jem, a pozostała część „załogi” woli bułki. Zacząłem sobie robić drugie śniadanie, gdy usłyszałem, że łazienka się zwolniła. Wyszła z niej wciąż zaspana Ania, która widząc mnie, uśmiechnęła się lekko i powiedziała krótkie „Siema”. Odwzajemniłem się tymi samymi słowami i kontynuowałem przygotowywanie posiłku. W końcu, gdy moje śniadanie było gotowe i zapakowane, poszedłem do łazienki, by umyć zęby i twarz, a także skorzystać z bardziej „ludzkich” zapotrzebowań z korzystania z tego miejsca. W przeciwieństwie do naszych dam, moja „toaleta” trwała z dziesięć minut i byłem już gotowy do dalszego życia. Co prawda, ciało wołała prysznicu, bo noc była, jak to w lato, bardzo duszna, ale po co, skoro charakter pracy zakładał, że i tak w ciągu pierwszych trzydziestu minut spocę się jak pies. Trzeba z tym żyć. W międzyczasie, jak zdążyłem przewidzieć, z pokoju zaczęło wychodzić coraz więcej osób, które domagały się również wizyty w łazience. Ja, mają to za sobą, wróciłem do pokoju. Miałem jeszcze trzydzieści minut do wyjścia. Cóż, zamiast jak każdy normalny człowiek przygotować sobie główne śniadanie, ja wolałem sięgnąć po papierosa. Przekląłem jednak, gdyż w paczce było już pusto. Zapewne efekt wczorajszego wieczora i tzw. „złotego rozdania”. Ale jak to się mawia, nic w przyrodzie nie ginie i sięgnąłem do swojej torby, wyciągając opakowanie z tytoniem, bibułkami i filtrami. W ciągu pięciu minut zwinąłem pięć papierosów, jednakże na tę chwilę powinno wystarczyć. Najwyżej później zrobi się więcej. Łapiąc w gębę zawiniątko, wyszedłem z domku, w którym mieszkaliśmy.

Pierwsze co mi przyszło do głowy to było przeklęcie dnia. Na niebie nie było ani jednej chmury, co mogło oznaczać tylko, że słońce będzie waliło nam po łbach jak diabli. Nie ma nic gorszego niż słońce w naszej pracy. Ale co zrobić, pracować trzeba. Odpaliłem papierosa, pogrążając się w rozmyślaniu nad tym, jak ten dzień będzie do kitu, ale przynajmniej jest jeszcze co jeść i palić. Po wypaleniu, tradycyjnie starałem się strzepać maksymalnie tytoń. Ot, taki zrozumiały jedynie dla mnie zwyczaj. Wszedłem z powrotu do domku, który zaczął powoli ożywać. Zaczęły się dyskusje, błagania o udostępnienie łazienki. Na szczęście, ja już się nie musiałem o to martwić. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, jak to się mawia. Olałem pierwsze śniadanie, raczej nigdy go nie jadłem, bo dla mnie pora posiłku to zwykle godzina jedenasta, a więc do tego czasu nie będę głodny. Na pewno jednak musiałem się przebrać do pracy. Zacząłem się rozglądać po swoim pokoju w poszukiwaniu roboczych dżinsów i bawełnianej koszuli. Moi znajomi patrzyli na mnie jak na świra, że mimo takiej temperatury, ubierałem się jak na Syberię. I z nic nie dochodziły tłumaczenia, że wełna lepiej wchłania pot i nie czuje się gorąca, a długie spodnie pozwalają dłużej pracować na klęczkach. Każdy ma swój własny „dress code” jeśli chodzi o naszą pracę. Jedni wolą być ubrani jak na plażę, inni jak na wyprawę na biegun. Ale zawsze najważniejsze było nakrycie głowy: czy to chusta czy czapka. Chodziło o to, by nie dostać udaru od ciągłego przebywania na słońcu, a wierzcie mi, trudno tam gdzie pracujemy szukać cienia. W końcu to pole, co prawda rozkopane, ale jednak pole. W moim przypadku nakryciem głowy był brązowy kapelusz w typie fedora. Oczywiście, śmiano się ze mnie, mówiąc, że wyglądam, jak Indiana Jones, ale mi nie było do śmiechu z dwóch powodów: po pierwsze, kapelusz z szerszym rondem lepiej chroni przed słońcem, a po drugie, jako jedyny z nich wszystkich wyglądam jak teoretyczny wzór archeologa, którymi chcieliśmy się stać.

 

*

 

Jak się spodziewałem, słońce dawało w najlepsze, a była dopiero godzina 10 rano. Jednak nie to było najgorsze. To co mnie najbardziej drażniło to była zazdrość, połączona ze współczuciem. Koleżanka, która ze mną pracowała dostała jakiegoś bólu brzucha i musiała zostać w bazie noclegowej. Co prawda, nie ma nic przyjemnego w cierpieniu, ale przynajmniej nie jest podatna na promienie tej nieszczęsnej gwiazdy, wokół której krążą wszystkie planety z naszego układu. Pot lał się z mojej głowy z każdym ruchem łopaty i gdyby nie kapelusz, byłoby jeszcze gorzej. Co więcej, każdy zbędny ruch mógł spowodować, że cały kontekst wykopu pójdzie w cholerę. Co rusz musieliśmy podlewać profil, by tylko było dobrze widać warstwy, które kopiemy. I gdyby to było jedyne o co mielibyśmy się martwić, ale nie- musieliśmy jeszcze zważyć, czy w zabieranej ziemi nie było kawałków krzemieni oraz ceramiki.

Podczas wytaczania poszczególnych wykopów na stanowisku, zauważono, że miejscu, w którym obecnie kopiemy ziemia jest nieco ciemniejsza i ma owalny kształt. Takich odcieniów w niedalekiej odległości było jeszcze wiele, więc szybko uznano, że to musi być jakaś osada. Pierwsze warstwy faktycznie napawały kierowników badań dużym optymizmem. Na wykopie znaleziono m.in. pozostałość paleniska, w drugim domostwa, o czym miały świadczyć pozostałości naczyń i fragmenty krzemieni. O ile u innych sukces sypał się z ilością znalezionych artefaktów, to w moim obiekcie nie było już tak różowo. Ze świecą szukać jakiś znalezisk. Co więcej, nie mam najlepszego wzroku, mimo tego, że mam na nosie okulary, a drobne kawałki krzemieni mogą mi gdzieś uchodzić. O ile zwykle miałem pomoc w postaci osoby, która zajmował się „sitowaniem”, to obecnie umiera w bazie na bóle brzucha. Taaa, cały obiekt tylko mój, hura… Mam nadzieję, że za chwilę dotrę do tego cholernego calca, co tylko będzie oznaczało, że skończyłem pracę na tym obiekcie. Potem tylko zdjęcia, rysowanie profilu i sprawa zamknięta. Ale, jak to zwykle bywa z marzeniami, kończą się miernie.

*

Godzina 12:00, czas na dłuższą przerwę. Dłuższą, bo trwającą aż 20 minut zamiast standardowych pięciu. Dla mnie to też czas, że mogę dołączyć do pozostałej części ekipy. Zwykle podchodzę do tego jako coś normalnego, ale dzisiaj, po pięciu godzinach przebywania samemu, ciągnie mnie do ludzi. Przysiadłem się do swojej grupy, z którą wspólnie mieszkam. Oczywiście, już od początku pojawiło się pierwsze pytanie „czy masz fajka”. Oczywiście, miałem, ale odpowiedziałem, żeby sobie sami skręcili, bo mi się nie chciało. Natomiast ja sięgnąłem po swoją paczkę i wyciągnąłem samoróbkę i zapaliłem, wcześniej otrzepując  zapalniczkę z piasku. Zaciągnąłem się tytoniem, kładąc się ziemi, podkładając sobie pod głowę plecak. Zasłużony luksus wypoczynku w końcu nadszedł, pomyślałem, zaciągając się papierosem. Jednym uchem jednak zacząłem nasłuchiwać jakie rozmowy mają miejsce między pracownikami na wykopaliskach.

Ekipa, z którą mieszkam na co dzień oczywiście omawiała ploteczki wydziałowe, czyli który z profesorów i doktorów co robi, jakie ma się układy i układziki z nimi, a także kogo czeka egzamin poprawkowy u największych kos u nas na katedrze. Ja sam po dziś dzień nie zapomnę swojego egzaminu poprawkowego z metodologii. Pytania były co najmniej podchwytliwe i jeśli nie zdało się poprawki, jedyne co jeszcze mogło cię czekać to komis. A to mi się nie uśmiechało, zwłaszcza, że miałem już jeden za sobą i to w pierwszym semestrze pierwszego roku. Potem na szczęście już było tylko lepiej, co nie znaczy, że było perfekcyjnie. Nigdy nie jest. A co do egzaminu z metodologii, zdałem go, a co dalej było można opisać krótko, że nie pamiętam, jak się znalazłem z powrotem w domu.

Była też jeszcze druga część ekipy, która z nami pracowała. O ile ta, z którą mieszkałem to byli w większości studenci, których codziennie mijam na korytarzu, to ci drudzy to miejscowi autochtoni, którzy zostali zatrudnieni jako osoby kopiące. O ile większość kierowników wykopalisk wychodzi z założenia, że w wakacje należy kopać studentami, bo to nic nie kosztuje, poza zapewnieniem bazy noclegowej, to obecnie kopane stanowisko było tak duże, że bez pomocy osób z zewnątrz czas prac byłby za duży. Poza tym, uniwersytet wyegzekwował niezłe pieniądze na prowadzone tu badania, tak też kierownictwo stać było na wynajęcie pracowników. Była ich chyba z dwudziestka, w wieku od 17 do nawet 80 lat. W większości były to osoby w wieku emerytalnym, które sobie chciały dorobić, ale zdarzały się też i przypadki dość niezwykłe, jak na przykład nauczyciel historii z miejscowej szkoły, który chciał poszerzyć swoją wiedzę,…

 

 

 

– Paweł O.